Czy powraca się do osiemnastowiecznej praktyki grania Shakespeare'a w przeróbkach, dostosowujących tego wyspiarskiego „barbarzyńcę“ do „cywilizowanych“ norm obowiązujących na kontynencie (Jeana-François'a Ducisa we Francji lub Christiana Felixa Weissego w Niemczech)? Tym razem Hamleta przepisanego przez Pawła Demirskiego, czy może raczej na wzór Jarosława Marka Rymkiewicza imitowanego - Mam coś w głębi nie do przedstawienia. HAMLET?
Zapewne pochodzący z Gdańska były partner artystyczny Moniki Strzępki widział inscenizację Krzysztofa Nazara w Teatrze Wybrzeże, w której tytułowa postać swą niewątpliwie prześladowczą manią doprowadzała bliższe i dalsze otoczenie, a w końcu i całe państwo do katastrofy, skoro swoim bohaterem uczynił współczesnego mężczyznę bez właściwości w średnim wieku z tego właśnie miasta, który nie potrafi przepracować śmierci swego ojca, a więc najwyraźniej cierpi na kompleks Hamleta.
Utraciwszy go w wieku 17 lat, pozbawiony został szansy na osiągnięcie dojrzałości poprzez uwolnienie się spod jego wpływu, przezwyciężenie jego obrazu, wskutek czego zatrzymuje się w roli odwiecznego syna. Zresztą już samo urodzenie się 1 czerwca w Dniu Dziecka poniekąd przesądziło o skazaniu na trwałą niedojrzałość. A zatem idzie w ślady innego gdańszczanina, a mianowicie Grassowskiego Oscara, i tak jak tamten nie dorasta. Zarazem powiela nieudane życie ojca, który przeniósł na niego własne niespełnione ambicje. Nie wytrzymując tej presji postanawia popełnić samobójstwo, ale nawet ono mu nie wychodzi...
Matka stara się stworzyć go na nowo, jakby powtórnie dając mu życie: rozbierając i na powrót przyodziewając. Jako wieczna matka, do pewnego stopnia jest bowiem alegorią macierzyństwa, skoro ona z kolei urodziła się 8 marca w Dniu Kobiet. Hamlet, nasz współczesny, nie ukrywa swego teatralnego rodowodu, raz po raz wspominając o miejscu zdarzenia czyli Narodowym Teatrze Starym. Z teatralnej właśnie rekwizytorni przywołuje figurę symbolicznego ojca pod błazeńską postacią starego aktora, ale tenże wskutek choroby neurologicznej nie jest w stanie spełnić swej roli, a więc zaspokoić jego oczekiwań. Po raz pierwszy poznajemy go stąpającego po krawędzi sceny, starającego się utrzymać chwiejny balans.

Jednocześnie porusza się w zwęglonym i spopielonym pejzażu, a więc wypalonym jak on sam (scen. Marika Wojciechowska). Jak wielokrotnie przywoływana brytyjska brutalistka Sarah Kane. Cała reszta wydaje się projekcją jego wewnętrznych niepokojów, rzeczywistością przezeń przefiltrowaną, albowiem ze światem przedstawionym obcujemy za jego pośrednictwem, a więc Kamila Pudlika do pewnego stopnia występującego w roli narratora. Spektaklowiec „Hamlet“ wyrusza w swój rejs z Gdańska wraz z rozpoczęciem transformacji.

Stąd motyw rozliczeń z tym wydarzeniem historycznym i jego fetyszami: Janem Pawłem II, kapitalizmem, liberalną demokracją. Dania, przepraszam Polska w inscenizacji Remigiusza Brzyka nie jest jednak teatrem. Raczej stadionem, przemieniona w kibolską wspólnotę wiecznych młodzieniaszków, na co zdają sie wskazywać piłkarskie rękwizyty: spodenki i getry mogące równie dobrze uchodzić za harcerskie podkolanówki, w obydwu przypadkach oznaki niedojrzałości.
Do Kopenhagi zaś jeździ się w celach rekreacyjnych. Przez pierwszą część towarzyszy akcji muzak, a więc nieprzerwana ilustracja muzyczna Aleksandra Grudnia: akustyczna lub elektroniczna. Tworzy ona niezbędny klimat, pozwalający unieść spektaklowiec „Hamlet“ na powierzchni słów, przydając im wagi i siły wyrazu. Jak już wspomniałem, przedstawienie w znacznej mierze ufundowane jest na osobowości Kamila Pudlika, balansującego na dwóch planach, pomiędzy postacią a własnym obserwatorem, wskutek czego tworzy się przyciągające uwagę napięcie.

W roli wspomnienia Ojca pojawia się Zbigniew S. Kaleta, z którym wiązałem kiedyś nadzieje na wyłonienie się czołowego aktora Starego Teatru. Zrazu wiele wskazuje na pierwszoplanowe znaczenie Ofelii (Paulina Kondrak) jako swoistej mistrzyni sceniczno-muzycznej ceremonii, skoro jej śpiew rozpoczyna przedstawienie. Wprowadzającej, między innymi za sprawą charakteryzacji, niepokojącą mroczność nieprzeniknionej dla mężczyzn kobiecości.

Można zatem było spodziewać się przepisania klasycznego tekstu z kobiecej perspektywy. Z czasem jednak postać ulega postępujacej marginalizacji. Gdy w drugiej części spektaklu zabraknie dominujacego pierwiastka muzycznego, niebezpiecznie osiądzie on na mieliźnie, odsłaniając niekiedy rafy pozornej tylko głębi tekstu. Zwłaszcza że mamy do czynienia z rudymentami sytuacji fabularnych. A tak dobrze się zapowiadało...
Lesław Czapliński