Madama Butterfly Giacoma Pucciniego to melodramat w najczystszej postaci. Operuje wyrazistymi i skrajnymi, a niekiedy wręcz przejaskrawionymi afektami, które wywoływać mają równie mocne emocje i wzruszenia u odbiorców. Ostatni akt przybiera wręcz formę egzekucji dokonywanej na bohaterce, kiedy oczekuje się od niej nie tylko rezygnacji z uczucia do wiarołomnego męża, ale i wyrzeczenia swego macierzyństwa poprzez oddanie mu dziecka.
Skądinąd sama wydała na siebie wyrok, kiedy zdradziła się przed konsulem Sharplessem, że ze związku z Pinkertonem urodził się synek, naiwnie licząc, że stanie się to mocnym argumentem przemawiającym za jego do niej powrotem. I w trzecim akcie Anna Wiśniewska-Schoppa, odtwórczyni tytułowej roli, w pełni sprostała tragicznemu wymiarowi postaci, wspinając się na wyżyny swych możliwości. W jej ujęciu szczególnie przejmująco brzmiały urywane frazy, a przy tym artystka uniknęła wszelkiej przesady.
Od strony wokalnej operowała ściszoną dynamiką pomiędzy mezzoforte a mezza voce, w którym to przedziale jej głos najlepiej prezentuje się pod względem brzmieniowym. Tragiczna aura udzieliła się również pozostałym wykonawcom, w których zachowaniach i śpiewie wyczuwało się podskórny niepokój i przeczucie nieuchronnie zbliżającej się katastrofy. Dotyczyło to zwlaszcza Anny Boruckiej jako Suzuki, bardzo skupionej w wyrazie i oszczędnej w środkach aktorskich. Opera ta w inscenizacji Henryka Konwińskiego od 38 lat obecna jest w repertuarze Opery Śląskiej, choć w następujących po sobie obsadach przewijają się kolejne pokolenia solistów związanych z tym teatrem.

Nawiązuje ona do obiegowych wyobrażeń o japońszczyźnie, a więc przebywamy w kręgu tradycji kimonowych kostiumów oraz architektury z domkami o rozsuwanych ścianach (scen. Jan Bernaś). Wybrałem się do Katowic (przedstawienie Opery Śląskiej w Bytomiu na scenie Teatru Śląskiego im. St. Wyspiańskiego), by przekonać się, na ile pozostaje ona wciąż żywym przedstawieniem?
Horyzont podświetlony w fantazyjnej tonacji barwnej nie nawiązującej do rzeczywistych pierwowzorów, a z kolei skąpanie w błękitnym świetle dachu domku pod koniec drugiego aktu i w purpurze na początku trzeciego odznaczają się znacznymi walorami plastycznymi i bardziej odzwierciedlają doznania postaci niż stan faktyczny.
W zakresie muzycznym odpowiada im kolorystyczne wyrafinowanie dobiegającego zza sceny chóru alle bocche chiuse w pierwszym przypadku oraz śpiew rybaków w drugim.
Szlachetnym tembrem swego mocnego i nasyconego alikwotami barytonu ujmował Stanisław Kufluk jako Konsul Sharpless. Znaczne wrażenie wywierała jego dramatyczna scena z Cho-Cho-San, kiedy czytając list od Pinkertona stara się ją przygotować na fakt zaistniałego rozstania. Matheus Pompeu w partii tego ostatniego, jak na typowego tenora przystało, przywiazuje znaczną wagę do wywoływanego efektu, stąd szafowanie znacznym natężeniem dynamicznym.

Odnotowałbym też udane epizody Zbigniewa Wunscha jako Yamadoriego oraz Szymona Komandery w charakterystycznej roli Gora. W grze orkiestry pod dyrekcją Piotra Mazurka brakowało mi w pierwszym akcie brzmieniowej drapieżności, która pojawiła się dopiero w intermezzo poprzedzajacym trzeci akt i w nim samym. Twórcy inscenizacji sprzed 38 lat nie mogli się spodziewać, że historia wykorzystania japońskiej gejszy przez amerykańskiego oficera wojennej marynarki nabierze aktualnych znamion.
Współczesny kontekst polityczny nieoczekiwanie przydał melodramatycznej akcji nowych akcentów znaczeniowych. Motyw hymnu USA i toast „America forever“ współbrzmi ze współczesną doktryną Trumpa „America First“ oraz imperialnym egoizmem. Butne i cyniczne zachowanie Pinkertona, pijącego za prawdziwą amerykańską żonę bezpośrednio przed zaślubinami z Cho-Cho-San koresponduje z obecnym zachowaniem waszyngtońskiej administracji jako wiarołomnego sojusznika i negocjatora, z pogardą traktującego inne kraje i narody, zuchwale depcącej prawa, zwłaszcza słabszych i zależnych od siebie. Niczym Pinkerton wielobarwnego, delikatnego motyla jakim jawi się ufna Cho-Cho-San, przed czym przestrzegał go Sharpless.
Lesław Czapliński