Pytanie, czy na jednokrotnym występie Warszawskiej Opery Kameralnej, która w swym budynku może pomieścić 150 widzów, może być ponad tysiąc osób? Odpowiedź brzmi – może. Taki był bowiem Don Giovanni 18 maja w Filharmonii Narodowej, gdzie wykonania koncertowego tej opery wysłuchała pełna sala. Tak liczną publiczność przyciągnęła po pierwsze legenda, jednej z najlepszych oper Wolfganga Amadeusza Mozarta, po drugie bajeczna obsada solistów złożona wyłącznie z młodych polskich śpiewaków, o których upominają się najważniejsze sceny operowe świata: Nowy Jork, Monachium, Paryż, Londyn, Madryt, Zurich, Oslo, Berlin i wiele innych miast.

Po trzecie dołożyła się ustalona już renoma, jaką przez 65 lat wypracowała sobie ta scena, wraz z orkiestrą dawnych instrumentów MACV i zespołem wokalnym. Gwiazdą pierwszej wielkości był rewelacyjny baryton Andrzej Filończyk jako postać tytułowa, dzielnie sekundował mu Krzysztof Bączyk – Leporello. Żeńskimi ofiarami uwodziciela wszechczasów okazały się Joanna Moskowicz – Donna Anna, Aleksandra Nowakowski – Donna Elwira, Katarzyna Drelich – Zerlina.
Męską grupę uzupełniał Adrian Domarecki – tenor jako Don Ottavio, Adam Kutny bas-baryton jako Masetto, a nad wszystkimi górował potęgą basowego głosu Adam Palka – Komandor. Całością dyrygował znakomity specjalista w repertuarze klasycznym Alessandro De Marchi. Wykonanie koncertowe tej fenomenalnej opery ujawniło genialne predyspozycje Mozarta, który nie oczekując wielkich inscenizacji i licznych pomysłów reżyserskich cały dramatyzm postaci i poszczególnych scen zawarł w muzyce. Prawda, dał jej mistrzowskie libretto Lorenza da Ponte.
Resztę dopełnili sami artyści. Mimo braku kostiumów i horyzontalnego ustawienia śpiewaków to między solistami rozgrywał się Mozartowski teatr, wściekłość i żądza zemsty uwiedzionych kobiet, pretensje wiecznie głodnego i zmarzniętego sługi, pycha i perfidia jego pana, wreszcie fatum i wyrok przychodzący z zaświatów. Wszystko to zostało odśpiewane i odegrane aktorsko na estradzie Filharmonii Narodowej, bowiem całość dekoracji, kostiumów i rekwizyty powstawały w wyobraźni widzów, kto wie czy nie bardziej udane niż podczas tradycyjnego przedstawienia operowego.

Kiedy się słuchało świetnie postawionych głosów wszystkich bohaterów, którym od strony technicznej nie można było niczego zarzucić, cała reszta stawała się tylko wspaniałą muzyczną ucztą, do której przyczyniła się czujność kapelmistrza i narzucone przez niego szybkie tempa, w tym przerobienie na parlando niektórych recytatywów.
Niekiedy kierownicy muzyczni dokonują ze względów dramaturgicznych skrótu, kończą operę w momencie śmierci Don Giovanniego, uważając, że pogodny finał jest zbyt banalnym morałem „dla maluczkich”. Alessandro De Marchi nie zostawił nawet sekundy na oklaski po straszliwych jękach „potępionego grzesznika”, uszanował wolę genialnego kompozytora, który tworzył nie tylko dla wykształconej elity dworskiej, ale dla zwykłych ludzi, którym nawet w tak oczywistych sytuacjach scenicznych, należy się jeszcze, jak w operach mydlanych czy serialach filmowych, jakiś komentarz. Dziękujemy i za to.
Joanna Tumiłowicz