Mam pewien problem z nową Dulską w telewizji. Z jednej strony powstał spektakl soczysty, zrealizowany po bożemu, z doskonałymi rolami, które są wzięte żywcem z naszego kołtuństwa. Z drugiej strony jednak nie byłam przygotowana na musical, czyli coś, co powstało z operetki. Gdy się zaczęło to śpiewanie krzykliwej Dulskiej, to był w tym estetyczny zgrzyt.
Kinga Preis świetnie kreująca rolę rozmemłanej mieszczki, w śpiewie wypadła jakoś licho, nieudacznie. Z jednej strony, co wynikało z tekstu, (piosenki wymyśliła i obdarzyła słowami para reżyserska Agnieszka Glińska i Franciszek Przybylski) była jakoś mądrzejsza, bardziej kulturalna i moralna niż w sztuce, z drugiej strony jej śpiewanie należało do innej kategorii, do niskiej półki kabaretowej, bardziej niechlujnej z tym śpiewaniem przez nos. Pomyślałam wtedy, że te piosenki powinien napisać ktoś inny, ktoś z epoki i wtedy nawet można by z Zapolskiej zrobić operetkę.
Może dałby się namówić jakiś Lehár, albo Karłowicz. Nawet Karol Szymanowski na to poszedł i dla zarobku napisał muzykę do operetki Loteria na mężów, nawet trochę podobną w charakterze intrygi, choć nie tak ostrą społecznie jak dramat Gabrieli Zapolskiej, zresztą z akcją nie umieszczoną tak silnie w Polsce i do tego w Krakowie.
Ale gdy przyszły kolejne piosenki, które stanowiły jakąś refleksję, komentarz do akcji, która przecież dla średnio inteligentnego odbiorcy komentarza nie potrzebowała, natomiast pojawiły się tańce i wygibasy, zrozumiałam, że na bazie rewelacyjnej sztuki powstał marny musical, w którym niezłych aktorów wrobiono w śpiewanie i tańczenie, a to pierwsze wokalnie i muzycznie im średnio wychodzi.
Poza tym zmienia się oświetlenie scen muzycznych, bohaterowie sztuki trafiają jakby do krainy wyobraźni, albo do jakichś szkolnych zaświatów, które wyśnił średnio zdolny licealista. Ale trzeba oddać ukłon świetnym reżyserom nagrania i kamerzystom, którzy operując kamerami stworzyli bardzo ciekawe plastycznie obrazy. Jeśli już miałby powstać musical, to dla Dulskiej należało napisać nie piosenkę, ale song z wściekłym rykiem, agresją i przekleństwami, dla panienek jakieś słodkie tirli-tirli, cukierkowe i romansowe, Hanka miałaby song z gatunku folkowego (tu skojarzyłam sobie znów Karola Szymanowskiego, jego kurpiowską A chtóz tam puka), a Felicjan mógłby np. miauczeć jak kot.
Z tych popisów wokalnych obronną ręką wyszedł Michał Balicki (Zbyszko), bo siedział przy archaicznym fortepianie i jakby sam sobie przygrywał, a także skromna, łatwowierna Mela – Weronika Krystek. Myślę, że winnym mojego nieukontentowania był także Mariusz Obijalski, który te piosenki skomponował i w finale powstał zbiorowy show w tylekroć obśmiewanym i wyszydzanym stylu disco polo, co estetycznie jeszcze pociągnęło cały spektakl do dołu.

A szkoda, bo były w nim bardzo udane elementy, np. scenografia doskonale podrabiająca mieszczański styl galicyjskiej secesji – autorka Jagna Janicka. Można by trochę wybrzydzać w sprawie kostiumu matki chrzestnej Hanki (zaprojektowała Katarzyna Lewińska), ale ktoś dostrzegł pomarańczowe szlafroki, w które przebrano wykonawców do finału, jako nawiązanie do więźniów z Guantanamo.

Szkoda pysznych ról Weroniki Krystek (Meli), Marii Kanii (Juliasiewiczowej). Także wysiłek choreografki Weroniki Pelczyńskiej wnosił trochę ruchu. W dyskusji po projekcji wyszła kontrowersja, czy należało na początku obejrzeć inne inscenizacje Dulskiej, czy lepiej nie, by się nie sugerować mistrzowskimi kreacjami. To spór bezprzedmiotowy. Każdy ma w sobie cząstkę takiej Dulskiej i można wykreować tę postać na 1000 sposobów. To po prostu genialna sztuka. Czy akurat ten przykład zapisze się w historii polskiego teatru?
Joanna Tumiłowicz