Skoro pojawia się on u szczytu kręconych schodów i zstępuje niczym zesłany w odpowiedzi na modły pięciu kobiet. Co prawda nie tak jak go Pan Bóg stworzył, lecz w transwestytycznej postaci, a, niczym Penteusz przez menady, odarty przez nie z tego przebrania, pozostaje w czarnych bokserkach. Jesteśmy wszak w teatrze, a więc równie dobrze można się w nim dopatrzyć epifanii jego patrona Dionizosa, który jako bóstwo transgresyjne występował w transseksualnej postaci.

Kobiety czekają i Marzenia kobiet to „bergmany“, które najlepiej oddają sytuację przywołanych bohaterek, spotykających się w tytułowej Cafe Luna, by rozpamiętywać swych niegdysiejszych kochanków i tęsknić za kolejnymi, w których zaistnienie nie za bardzo już wierzą. Swe cowieczorne spotkania traktując jako rodzaj rytuału, w którym dołącza do nich charakterystyczna postać właścicielki lokalu (Marta Zoń).

Każda z nich pozostaje na swój sposób indywidualnością, poczynając od dawnej operowej divy granej przez rzeczywistą śpiewaczkę, kontralt Bożenę Zawiślak-Dolną, której towarzyszą Katarzyna Galica, Sylwia Chludzińska i Aleksandra Konior-Gapys, współtworząc zgrany kwartet aktorsko-wokalny. Emanacją ich pragnień staje się wytęskniony i materializujący się niczym deus ex machina wspomniany Riccardo (Paweł Wolsztyński). Być może eskort wynajęty do odegrania tej roli przez kawiarnianych muzyków, zniecierpliwionych tymi przeciągającymi się w noc posiadami.
To dopiero w jego kwestiach dają znać o sobie odniesienia do tytułów wczesnych filmów Pedro Almodóvara: Labirynt namiętności, Prawo pożądania i emblematyczne Wysokie obcasy, z których piosenki tworzą osnowę muzyczną spektaklu w krakowskim Teatrze KTO (tekst: Anna Burzyńska, reż. Józef Opalski, scen. Aleksandra Reda, kier. muz. Aleksander Brzeziński).
Gdy zniknie, nie pozostanie żaden ślad, mogący wskazywać na jego realną obecność. Jak chociażby wyparowujący ślad po filiżance, z której piła tajemnicza kobieta, odwiedzająca syna pod nieobecność rodziców w Zwierciadle Andrieja Tarkowskiego. Czyżby ten wieczór, przy którym asystowaliśmy, był tym jedynym, niepowtarzalnym, kiedy wszystko może się przydarzyć?

Na mnie największenie wrażenie wywarł taniec z krzesłami wyrażający beznadziejną samotność, uświadamiający daremność snucia nadziei, gdy tylko wyobraźnia może dostarczyć namiastkę czyjejś obecności. Jeszcze bardziej przejmujące okazało się nieme poruszanie się bez wtóru muzycznego, z podłogą skrzypiącą pod „wysokimi obcasami“ i podeszwami aktorek. Dominują, niczym w filmach Almodóvara, jaskrawe zestawienia kolorystyczne, będące zamierzoną esencją pretensjonalności i złego smaku pop kultury: czerwone szczegóły garderoby: szpilki właścicielki Cafe Luna, czerwone getry i sukienka jednej z kobiet, modra barwa sączonego przez bohaterki koktajlu „Uśmiech kostuchy“. Nie tak odległego od rzeczywistości, gdyż słynna polska filmolożka, co prawda nie zajmująca się hiszpańskim reżyserem, serwowała nie mniej dźwięcznego „Psa bez zmysłów“.
Lesław Czapliński