Tytuł spektaklu Marka Modzelewskiego oddaje pokrętność naszej obecnej tożsamości i robi to w sposób dosyć brutalny i przewrotny. Niezależnie od doskonałego słuchu społecznego i psychologicznego autora można mu przede wszystkim wytknąć parę wad.
Po pierwsze, po co w rozmowach, dialogach, nawet nie objętych jakimś nerwowym ekstremum, pojawia się tyle słów uważanych za obraźliwe i wulgarne? Przecież starożytne określenie na „k” oraz liczne „p”, „ch” i „c” nie musi tak bezboleśnie wchodzić do mowy potocznej osób jakoby wykształconych, kulturalnych, aspirujących do jakiejś elity. To zgłaszam pod rozwagę zarówno autorowi, reżyserowi Jackowi Braciakowi i dyrektorowi Teatru Współczesnego Wojciechowi Malajkatowi. Druga uwaga krytyczna, może nawet cięższego kalibru, to obecność mocnego alkoholu na scenie.
Podręczny barek z butelkami stojący na środku to nie jest tylko niewinny symbol statusu społecznego, materialnego i obyczajowego, ale narzędzie wprowadzenia się w „stan wskazujący”. Co gorsze chodzi o stan wskazujący osób, które jakoby walczą z uzależnieniem, tak jak obie panie będące bohaterkami przedstawienia. Panowie zresztą też za kołnierz nie wylewają.

Ale nie chodzi tu tylko o tę jedną butelkę whisky będącą w obrocie. Chodzi o sam kontekst spektaklu, którego połowa rozgrywa się na jakiejś mitycznej strzelnicy, maksymalnie eleganckiej i jakoby w pełni bezpiecznej, gdzie porządku strzeże grono instruktorów. Wnoszenie alkoholu na strzelnicę jest ponoć ustawowo zabronione (tak jak picie wódy na polowaniach), ale nasz bohater przynosi i korzysta, a potem inni strzelają i dochodzi do groźnego wypadku. Z tego wynika, że tak jak w przypadku kierowców, wódka na strzelnicy jest napojem mentalnie dopuszczalnym i objętym społecznym przyzwoleniem.
Nikt normalny nie może mieć żadnych pretensji, że każdy człowiek musi od czasu do czasu wypić. Pacyfiści też nie od tego. I jest jeszcze trzeci powód do krytyki – nazwisko wybitnego i już nieżyjącego artysty, które ni stąd ni zowąd pojawia się w spektaklu. Chodzi o Wojciecha Fangora, abstrakcjonisty, który do swego powszechnie podziwianego stylu doszedł długą drogą, a dziś za jego obrazy trzeba zapłacić jakieś miliony (sztuczna inteligencja podaje, że najsłynniejsze „rozety” i „koła” z lat 60. i 70. kosztują obecnie od kilkuset tysięcy do ponad 7,5 miliona złotych).
I oto mamy takiego „dużego Fangora” na honorowym miejscu w mieszkaniu naszych bohaterów, co posłużyło autorowi scenografii Witkowi Stefaniakowi do wspaniałej paraleli w drugim akcie spektaklu, gdzie to samo miejsce na scenie zajmuje tego samego wymiaru tarcza strzelnicza (załóżmy, że to jest prototyp, albo parafraza Fangora).

Ale to nie koniec, bo nazwisko malarza pojawia się w rozmowie małżonków jako przykład kompletnego bezsensu, by nie powiedzieć debilizmu w zestawieniu z jakimś przykrym wydarzeniem rodzinnym. Coś „a la” Fangor zresztą chcąc nie chcąc pojawia się także na doskonałym plakacie „Pacyfistów” autorstwa Andrzeja Pągowskiego. Brawa dla obojga artystów odpowiedzialnych za wizualizację przedstawienia. Ale co powiedzieć o jego moralnym i kulturowym oddziaływaniu? Dosyć tego „smędzenia”. Przedstawienie we Współczesnym jest dobrze zagrane i wyreżyserowane.

Dwaj główni bohaterowie historii, o których się tylko mówi, czyli dorastający synowie obu par małżeńskich, w ogóle nie pojawiają się na scenie, i to jest sprytny zabieg autora lub reżysera. Rzecz jednak dotyczy w istocie wychowania, roli rodziców w kształtowaniu młodych charakterów, roli często kompletnie przegranej, zawalonej różnymi obsesjami i fobiami, jak np. werbalnym pacyfizmem. Autor trafnie zauważył, że łatwiej rodzicom jest dostrzegać ułomności dzieci u przyjaciół. I w tej kategorii spektakl Modzelewskiego trzeba umieścić wysoko.
Joanna Tumiłowicz