Na przedstawienie Proces Eligiusza Niewiadomskiego w krakowskim teatrze Łaźnia Nowa (reż. Bartosz Szydłowski. scen. Jerzy Basiura, światło: Paweł Łabędź) wchodzi się przez salę rozpraw, w której gromadzą się już jej strony i publiczność, szczęśliwcy, którym udało się zdobyć wejściówki.

Pozostali będą musieli zadowolić się transmisją jej przebiegu na ekranie w Dużej Sali, tyle że obraz utrzymany będzie w monochromatycznej sepii. Za sprawą publiczności proces przybiera znamion pasyjnych, albowiem przypomina ona turbę z oratoriów relacjonujących mękę Jezusa. A więc nieprzewidywalnej tłuszczy, ulegającej chwilowym i zmiennym emocjom, w mgnieniu słów odmieniającej swoje nastawienie. Z równym zapałem wyrażającej raz dezaprobatę wobec wypowiedzi oskarżonego, kiedy indziej aplauz.
Również on sam ukazany zostaje jako nie w pełni zrównoważony. Przez jego twarz przebiegają niekontrolowane tiki, a w jego mowę wdzierają się obce dźwięki niczym głosy słyszane przez Joannę d'Arc. W ujęciu Krzysztofa Zarzeckiego najwyraźniej jawi się nawiedzonym psychopatą. Dramat sądowy wymaga silnych osobowości aktorskich. Taką posiada niewątpliwie odtwórca tytułowej roli, pamiętny Pasolini w spektaklu Wojciecha Borczucha. Jako uczestnicy procesowego sporu pojawiają się weterani Starego Teatru.

Można się było więcej spodziewać po Tadeuszu Huku, ale w jego wykonaniu mowa oskarżycielska Prokuratora upłynęła bez większego oddźwięku. Leszek Piskorz jako przewodniczący składu sędziowskiego, Jacek Romanowski w roli obrońcy i Jan Peszek przedstawiający oskarżyciela posiłkowego rodziny, bardziej referowali swoje kwestie jakby powiedział Jan Goliński, niż nadawali im większy ładunek wyrazowy, a Juliusz Chrzęstowski odwoływał się do swoich od dawna wypracowanych i wypróbowanych środków ekspresji.
Tym, który do pewnego stopnia ożywia całą historię Eligiusza Niewiadomskiego jest Dominik Strycharski, autor oprawy dźwiękowej, osobiście ją animujący przez cały czas jej trwania, między innymi sterując warstwą elektroniczną. W ten sposób nie jest to tylko dokumentalna kronika, lecz indywidualny dramat z osobistej perspektywy Niewiadomskiego i towarzyszących mu doznań (subiektywna warstwa dźwiękowa). Rzecz cała ujęta jest w żywe ramy, zaczynając się aktem oskarżenia na tle wokalizujacego chóru.
Symetrycznie po zakończeniu rozprawy, przy wtórze asocjacji wygrywanych przez kompozytora na flecie prostym, Iwona Budner jako Maria z Tillych Niewiadomska wygłasza swoisty tren ku czci swego męża „wobec“ jego portretu, poprzez który zostaje przywołany. Dołączają do niej występujacy wcześniej uczestnicy procesu, przytaczając relacje prasowe o dalszych losach zamachowca, w tym jego egzekucji.

Powoli scena przeobraża się w budzące grozę na poły orgiastyczne, na poły apokaliptyczne pandemonium, sabat jego zwolenników, przypominający nieco wizję obozu rewolucjonistów z Nieboskiej komedii i jej inscenizacji Leona Schillera. Unaocznić ma do czego doprowadzić może wyzwolenie zbiorowych emocji. Z teatralnego punktu widzenia to najlepsze ogniwo spektaklu, wywierające największe wrażenie, ale nieco oderwane od rzeczywistości, albowiem nie było i nie ma kultu Eligiusza Niewiadomskiego. To tylko ja pozwoliłem sobie w apogeum wyczynów Lecha Wałęsy jako prezydenta napomknąć, iż Eligiusz Niewiadomski jest pilnie poszukiwany.
Trudno też mówić o paralelach pomiędzy zamachem na Narutowicza a zabójstwem prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, a być może aluzję do tego stanowić miało końcowe wygłoszenie wiersza Juliana Tuwima Pogrzeb prezydenta Narutowicza przez Andrzeja Seweryna, zarejestrowane w scenerii autentycznego miejsca zdarzeń, a więc w sali warszawskiej Zachęty, gdzie sto dwadzieścia trzy lata temu rozegrały się tragiczne wypadki przed niczym nie wyróżniającym się obrazem Teodora Ziomka Szron. Może jednak lepiej nie budzić uśpionych upiorów?...
Lesław Czapliński