Jakże często to, czego nie było w oficjalnym programie, okazuje się bardziej okazałe. 70-lecie pracy artystycznej Jerzego Maksymiuka wsparte jego 90-tymi urodzinami wywołało burzę oklasków, stojących owacji i innego typu zachwytów. Jednak apogeum wszystkiego przyszło w postaci specjalnie przygotowanego bisu w sposób dosyć zawiły i rozwlekły zapowiedzianego przez Krzysztofa Urbańskiego.
Dwie usadzone ciasno orkiestry Sinfonia Varsovia oraz Orkiestra Filharmonii Narodowej plus Chór Filharmonii Narodowej wykonały, bagatela, tradycyjny zaśpiew okolicznościowy STO LAT, ale w specjalnie przyprawionej muzycznie wersji opartej na Polonezie z filmu Andrzeja Wajdy Pan Tadeusz. Kompozycja Wojciecha Kilara została jednak w środkowej części nieco przerobiona z chóralną inwokacją: Sto lat, sto lat, niech żyje.... Tłumaczenie Krzysztofa Urbańskiego było dowcipem zrozumiałym jedynie przez osoby pokroju Jerzego Maksymiuka, a więc doszukujące się w muzyce nie tylko porządku, ale też tzw. drugiego dna.
Otóż chodziło o to, że piewsze takty owej pieśni biesiadnej są na dwie czwarte, a kolejne na trzy czwarte. Dla dyrygenta to średni kłopot, ale wykonawcy powinni wiedzieć, że w tym jest niekonsekwencja. Maestro Urbański rzucił nawet wszem i wobec pytanie - jak dyrygować owe Sto lat? Z orkiestry padła odpowiedź: na dziewięć czwartych. Od publiczności - na sto czwartych. Krzysztof Urbański wybrał wersję na trzy czwarte, stąd rytm polonezowy.
Program nadzwyczajnego koncertu był i bez tego zakończenia atrakcyjny i różnorodny. Dwie pozycje z dwiema przybyłymi orkiestrami poprowadził sam jubilat. Zrobił to ze zwykłym animuszem, energią i rozmachem. Ale pokazał też umiejętność wyciszenia i skupienia w środkowej części Suity z baletu Ognisty ptak Igora Strawińskiego. Wydaje się, że bardziej podatna na sugestie mistrza okazała się Sinfonia Varsovia, choć także okiestrze Filharmonii Narodowej niczego nie brakowało w Finale I Symfonii Jeana Sibeliusa.
Jej sekcja dęta zachowywała jednak w odpowiedzi na zachęty dyrygenta większą wstrzemięźliwość od swojej warszawskiej konkurentki, dla której buduje się ponoć największą w Polsce salę koncertową. Maestro Maksymiuk skorzystał z okazji, by, jak to miał zwykle w zwyczaju, przemówić do słuchaczy z dyrygenckiego podium. Część przemówienia miał nawet zapisane na dwóch wielkich kartkach, ponieważ jednak, jak zwykle, nie dostarczono mu mikrofonu wiele z wypowiedzianych słów nie docierało do publiczności.
Zapamiętałam fragment o urodzinach, gdy powiedział: Z Happy Birthday skreślamy Happy. Było też sporo o kompozytorach, o genialnym Strawińskim i o Sibeliusie, którego liczne Symfonie, nie są w pełnym komplecie grane w największych stolicach Europy. Wydłużające się i nieskoordynowane monologi Mistrza w zasadzie przerwał wyposażony w malutki mikrofon red. Andrzej Sułek grający rolę konferansjera.

Po przerwie Chór Filharmonii pod dyrekcją Bartosza Michałowskiego zaśpiewał bez udziału orkiestry trzy wdzięczne i nastrojowe utwory wokalne Maurycego Ravela, w jednym z nich bardzo udane partie solowe wykonały cztery osoby z zespołu, a szczególną uwagę zwróciła Dorota Kuls-Ferreira. Tę subtelną muzykę przyrównywaną przez red. Sułka niezbyt słusznie do Mozarta po 7 minutach zastąpił szalenie głośny, powtarzający jedną melodię utwór wokalno-instrumentalny Exodus Wojciecha Kilara z łacińskim, sakralnym tekstem.

Zaczynająca się skromnie, bo tylko dwiema harfami, kompozycja minimalistyczna pod dyrekcją Krzysztofa Urbańskiego z każdą sekwencją nabierała siły, a estrada wypełniona ponad 300 muzykami pokazała swoje możliwości dynamiczne. Wojciech Kilar tłumacząc sens swego dzieła przyznawał się do skorzystania z pomysłu Ravela, który w Bolerze osiągnął podobny efekt. Nic jednak nie mogło przyćmić wrażenia wywołanego przez STO LAT, które z wielką radością i wdzięcznością za jego pracę, składamy Mistrzowi Jerzemu Maksymiukowi.
Joanna Tumiłowicz