Na 90. urodziny Mistrza pokazano w Filharmonii Narodowej film Maksymiuk. Koncert na dwoje. Odbyło się też przy okazji spotkanie z reżyserem Tomaszem Drozdowiczem i scenarzystką Marią Nockowską. Od razu trzeba powiedzieć, że Jerzy Maksymiuk jest niezwykle trudnym bohaterem do ujęcia w filmie dokumentalnym, i mówię to, jako osoba, która poznała go w pracy z zespołem muzycznym. Film stara się także wkroczyć w ten szczególny obszar działalności, pracy dyrygenta z muzykami, gdzie nierzadko dochodzi do drobnych lub większych zaskoczeń, nawet konfliktów. Kamera może zarejestrować jedynie zewnętrzne przejawy atmosfery pracy pokazując mimikę jednej i drugiej strony, uwiecznić język prowadzącego próbę, jego gesty i słowa, co może stawiać przed widzami nie będącymi zawodowymi muzykami barierę pojęciową. A w przypadku Jerzego Maksymiuka, który nierzadko porozumiewa się półsłówkami i często przerywa swój wywód przeskakując do innego tematu, taka relacja może być kompletną abstrakcją. Reżyser przyjął więc także taką rwaną metodę narracji, bo nieustannie przenosi nas z jednej próby do innej, z jednej orkiestry do kolejnego zespołu, który ćwiczy także zupełnie inny utwór muzyczny.

I dodatkowo te wszystkie szarpane relacje są poprzetykane komentarzami Mistrza i jego żony zarejestrowanymi w ich domu, czasem nawet gdy leżą na łóżku małżeńskim. Pokazywane jest też w środku filmu kilka fragmentów z archiwalnych kronik filmowych, gdzie widzimy Maksymiuka bardzo młodego. Wreszcie udajemy się z głównymi bohaterami w różne sentymentalne podróże, na wieś białostocką, do Londynu, Paryża, i kto wie jeszcze gdzie. Liczba miejsc, z których pochodzą zdjęcia, a także lista utworów, których urywki nagrań są emitowane, zajmuje sporo miejsca, ale widz może je obejrzeć dopiero w napisach końcowych, które błyskawicznie znikają. Co zatem zostaje z tego niezwykłego filmu? Po pierwsze rozmowa z twórcami, reżyserem i scenarzystką, prowadzona przez muzykologa Mariusza Gradowskiego. Dowiadujemy się z niej, że praca nad tym dokumentem trwała 5 lat i jej plonem było ok. 100 godzin materiału. Z powyższego wynika, że stworzenie 90-minutowego obrazu graniczyło z niemożliwością, a reżyser przyznał, że był już bliski załamania nerwowego. Po drugie, oglądamy w zasadzie intymny portret niezwykłego związku – wybitnego dyrygenta Jerzego Maksymiuka i jego żony Ewy Piaseckiej. Po trzecie, choć skrawków muzyki jest mnóstwo, a większy fragment ukazujący efekt muzyczny pracy dyrygenta, jest tylko jeden i zupełnie na końcu filmu – Wstęp do Suity z baletu Sergiusza Prokofiewa Romeo i Julia, porywający swym dynamizmem i niewzruszoną konstrukcją formalną. Genialna muzyka w znakomitym wykonaniu. Po czwarte mamy prócz samego dyrygenta i jego żony także dosyć skromne, ale zauważalne zdjęcia z pracy z kilkorgiem solistów, w tym akordeonistą Marcinem Wyrostkiem i sopranistką Martą Boberską. Film jest zatem interesujący, ale podobnie jak sam główny bohater, rozwichrzony, i przez to trochę skomplikowany w odbiorze.
Joanna Tumiłowicz