Przegląd nowości

Skończona „Niedokończona”

Opublikowano: sobota, 04, kwiecień 2026 15:10

O symfonii Schuberta nazwanej Niedokończoną i oznaczoną numerem 8. krążyły legendy, łącznie z taką, że podczas jej pisania kompozytor nagle zmarł. Okazało się to nieprawdą, bo on po prostu odłożył pracę nad tym utworem i stworzył jeszcze kilka innych dzieł. Opowieść o tym, że zakończył życie pisząc Niedokończoną, że nawet spadł na podłogę z krzesła, wyssano z palca.

 

 Festiwal Beethovenowski 1

 

Ponoć znaleziono jakieś szkice części trzeciej, ale kompozytor nie uznał tego za wystarczający powód, aby dołączyć ją do tych dwóch skończonych części. Znana jest natomiast anegdota, jak to Johannes Brahms starł się z jakimś muzykiem orkiestry, który obstawał przy używaniu nazwy Niedokończona. Ponoć wielki symfonik zareagował dosyć gwałtownie podczas próby: – „Jeśli wszystkie dzieła byłyby tak skończone jak to, to wierzcie mi, żylibyśmy w prawdziwym raju muzycznym”– powiedział. A zatem Symfonia „Skończona” w h-moll zajęła całą pierwszą część koncertu Filharmonii Narodowej w ramach 30. Wielkanocnego Festiwalu Beethovenowskiego.


Dyrygent Jacek Kaspszyk doskonale pokierował taneczno-śpiewnymi frazami dzieła i wydobył z orkiestry wszelkie możliwe niuanse delikatności w piano, oraz pewnego niepokoju w mezzoforte. A w drugiej części doprowadził nastrój liryczny do apogeum tkliwości i pozaziemskiej idylli. Orkiestra zagrała dzieło o nastroju zbliżonym do Schubertowskiej Symfonii, choć już czteroczęściowe, jednak odbiegające od innych znanych utworów Gustava Mahlera.

 

Festiwal Beethovenowski 2

 

Zamiast straszyć skomplikowanymi wizjami i tytanicznymi napięciami pokazał w załączonym programie poetyckim nieco naiwne, humorystyczno-idylliczne przeciwstawienie „tego” i „tamtego” świata. I na koniec dołączył jedną z pieśni z „dziecięcego” cyklu Des Knaben Wunderhorn, gdzie przy dyskretnym i lekkim akompaniamencie orkiestry, nawet z dzwoneczkami, jak na śnieżnym kuligu, śpiewaczka wprowadza słuchaczy w niebiańskie rozkosze życia. Kolejnego dnia Wielkanocny Festiwal postawił już nas bardziej twardo na Ziemi.

 

Festiwal Beethovenowski 3

 

Inna też była orkiestra i inny dyrygent Alexander Humala, bardzo muzykalny Białorusin. On podobnie do Kaspszyka podtrzymywał trochę niepokojącą tradycję prowadzenia orkiestry z pamięci, w tym nawet koncertu instrumentalnego, mając w pogardzie partyturę. Oczywiście ten zwyczaj nie jest usprawiedliwieniem dla drobnych „niedoróbek” orkiestry, kiksów waltorni, czy wchodzenia w pauzach. Gdyby porównać jakość wykonania Filharmonii Narodowej i Sinfonii Iuventus im. Jerzego Semkowa, to nietrudno znaleźć zwycięzcę tego turnieju, ale z drugiej strony i sam repertuar nie skłaniał do wzbijania się na niebiańskie szczyty.


Uwertura Beethovena do baletu Twory Prometeusza nie sięgała maestrii Coriolana czy Egmonta, nie mówiąc już o którejkolwiek z Leonor. Także grający III Koncert fortepianowy Seth Schultheis nie wyszedł poza klasyczną poprawność. Fortepian brzmiał dobrze, orkiestra i niektóre dęte instrumenty zgrabnie dialogowały z solistą, ale nie wywołało to wielkiego poruszenia.

 

Festiwal Beethovenowski 4

 

W III Koncercie nie można było wysłyszeć żadnych oznak choroby utraty słuchu, która już wtedy postępowała i niektórzy zastanawiali się, jak bardzo komplikowało to pracę wielkiego artysty. Nasz czołowy pianista Krystian Zimerman, jak głosi anegdota, próbował wczuć się w sytuację Geniusza z Bonn i zaklejał sobie uszy woskiem, a na głowę zakładał kask motocyklowy. Wydaje się, że do żadnego istotnego wniosku nie doszedł. Także ta rutynowa cześć wieczoru nie okazała się specjalnym przełomem, choć był tu zawarty sympatyczny żart muzyczny, który kompozytor zastosował także przed finałem swej I Symfonii.


To przypominało scenkę wspinania się po bardzo śliskich schodach i kilkakrotne zjeżdżanie do dołu. Dopiero po kilku próbach ów hipotetyczny wspinacz osiągał ósmy stopień i cała fraza mogła się potoczyć dalej. Nikt chyba jednak nie zwrócił uwagi na tę muzyczną „ciekawostkę”, której współcześni Beethovenowi nie rozumieli, i podobno w wykonaniach I Symfonii po prostu „wspinaczkę” pomijali.

 

Festiwal Beethovenowski 5

 

Ale teraz dopiero bis, którego artysta nie zapowiedział, rozpoczynający się kilkoma dźwiękami przychodzącymi zupełnie „od czapy", przyniósł poważny znak zapytania. – Co to było? – zastanawiali się melomani. Trzeba było pójść po radę do nie byle jakiego znawcy, prof. Marcina Zglińskiego, który z ogromnym bagażem wiedzy opisuje na fb  każdy napotkany koncert. – „Wiem co zagrał solista” – odpowiedział profesor.

 

Festiwal Beethovenowski 6

 

Pomogła mu sztuczna inteligencja – bo ona wyszukała w swoich przepastnych bazach danych odpowiedni desygnat i było to Fiddlehead Timo Andresa z 2024 roku. Z jednej strony atonalny i minimalistyczny fresk dźwiękowy, z drugiej natomiast zgrabnie wplecione i wywodzące się z tradycji tonalnej pasaże przywodziły na myśl jakiegoś Rachmaninowa czy Skriabina, a może Debussy'ego. To utwór pozwalający zaprezentować nieco dźwiękowej fantazji, a także sporo sprawności pianistycznej. Najciekawszy punkt koncertu był jednak krótki, więc uwaga publiczności wyładowała się na bardzo popularnej Symfonii Włoskiej Mendelssohna. Tutaj znów popis rzetelności i talentu dał dyrygent.

                                                                       Joanna Tumiłowicz