Sascha Goetzel, od ubiegłego sezonu stały dyrygent krakowskich filharmoników, z ich koncertmistrzem Pawłem Wajrakiem stanął tym razem jako z solistą w Koncercie skrzypcowym d-moll op. 47 Jeane Sibeliusa. To bardzo wymagająca pozycja, z którą mierzą się najwięksi skrzypkowie. Dość powiedzieć, że ja poznałem ten utwór z nagrania z Jaschą Heifetzem. Dysponującymi ponadto najszlachetniejszymi instrumentami. Wszystko to pozostaje nie bez wpływu na ostateczny rezultat.

Kapelmistrz i koledzy z orkiestry bardzo wspierali swego koncertmistrza, ale w jego grze wyczuwało się pewną nieśmiałość, która nie pozwalała w pełni zabłysnąć technicznymi umiejętnościami w obydwu kadencjach w Allegro moderato oraz w odznaczającym się tanecznym zacięciem finałowym rondzie Allegro ma non tanto. Najlepiej zatem zapisało się w pamięci Adagio di molto, odznaczające się odwołaniem do wrażliwego operowania agogiką. Zwalniania i prawie zatrzymywania muzycznego toku i na odwrót, przyśpieszania w środkowym ustępie jak przystało na ogniwo o pieśniowym rodowodzie.
Dawnym obyczajem, dziś już rzadko praktykowanym, dyrygent w części sobie poświęconej, a więc utwór orkiestrowy poprowadził z pamięci. W I Symfonii c-moll op. 68 Johannesa Brahmsa upatruje się czasem pośmiertnego opusu Beethovena, jego swego rodzaju Dziesiątej jak to ujął Hans von Bülow. Zresztą w finałowym Allegro ma non troppo, ma con brio rozlegają się reminiscencje Ody do radości. Piątkowe wykonanie nie odznaczało się szczególnymi walorami interpretacyjnymi. W skrajnych częściach zabrakło swoistego zapamiętania, które skłoniło Eduarda Hanslicka do obdarzenia tego dzieła mianem Appassionaty. W znacznej mierze naznaczone było piętnem akademizmu, co do pewnego stopnia wynika z przyjętej przez Brahmsa klasycyzującej estetyki. Na mnie najkorzystniejsze wrażenie pozostawiło powolne Andante sostenuto, interesująco zinstrumentowane i stanowiące swoistą Pieśń bez słów, a więc formę szczególnie ulubioną przez romantyków.
Lesław Czapliński