Zasiadając na widowni Teatru Dramatycznego m.st. Warszawy wielu z pewnością zastanawiało się, co z lektury tej stricte warszawskiej powieści znajdzie się w spektaklu. Reżyser i adaptator Mikita Iłynczyk miał bardzo mocne alibi – choć urodzony jako Białorusin, to jednak legitymował się zabytkowym egzemplarzem wydania dzieła Aleksandra Prusa z końcówki XIX wieku, tomów „zaczytanych” przez kilka pokoleń jego rodziny, z pozakreślanymi ołówkiem zdaniami.

Robiła też korzystne wrażenie informacja, że babcia reżysera była obywatelką polską do 1939 roku. A potem? Konsekwencje tego, co się stało potem i co się dziś dzieje, mamy na scenie. Mamy więc większość bohaterów powieści, począwszy od tytułowej Lalki – Izabeli (Marta Ojrzyńska) i Stanisława Wokulskiego (Marcin Bosak), jego przyjaciół i znajomych – Szumana, Suzina, Geista, Rzeckiego, poprzez wianuszek postaci męskich i żeńskich drugoplanowych, niektórych na tyle pobocznych, że ten sam aktor – aktorka grali na zmianę po dwie role, jak np. Agata Różycka występująca jako Weronika i Helusia Stawska.
Do obsady dokooptowano jeszcze babcię reżysera, nadając jej nazwę Widmo, w której brylowała Małgorzata Niemirska. Sprawdzian z Lalki wypadł pozytywnie i można by teraz zaplanować wycieczki młodzieży szkolnej na to przedstawienie, które zastępowałyby aż dwa przedmioty, lekcje języka polskiego, oraz lekcje, które jeszcze do niedawna nazywały się Historia i Teraźniejszość i miały nawet specjalny podręcznik „do HiT-u". Dziś ten rodzaj zajęć nazwany jest Edukacją Obywatelską.

W zadaniach dla polonistki uczniowie wyłuskiwaliby ze sceny postacie książkowe i doszukiwali się różnic w stosunku do „oryginału", co zresztą jest dosyć trudne zważywszy, że były jeszcze dwie inscenizacje filmowe, a kroją się następne. Natomiast nazwany umownie „HiT-owiec" wymagałby od młodzieży odszukania w przedstawieniu zakamuflowanych odniesień i polemik z naszą polską teraźniejszością. Ogólnie biorąc na scenie obrotowej Teatru Dramatycznego umieszczono replikę wnętrza słynnego „betonowego klocka" MSN, stojącego nieopodal wejścia do Teatru – niezły projekt autorki scenografii i kostiumów Justyny Elminowskiej.
To się całkiem udało, jako quasi-krytyka, a może nawet rodzaj kpiny z tego muzeum i otwieranych tam wystaw. Czy p. Elminowska ma na pieńku z MSN? Spoglądając na jej CV, jako absolwentki krakowskiej ASP (Wydział Grafiki i Wydział Malarstwa) wydaje się to całkiem naturalne znając animozje krakowsko-warszawskie, ale nie ma co dolewać benzyny do ognia.
W tym Muzeum bowiem pracuje dorywczo Izabela Łęcka i oprowadza różne panie po aktualnych ekspozycjach, gdzie są prace „od Sasa do Lasa", głównie sztuki rosyjskiej – Riepina, Rublowa (pamiętajmy, że rzecz się dzieje jeszcze pod zaborem rosyjskim . A rozmowa przede wszystkim obraca się wokół rubla, jego wartości i ilości, jest też kruszec szlachetny, czyli srebro (w domyśle złoto) , które ma także niebagatelną wartość, dającą się przeznaczyć na rozmaite cele (SAFE). Rozmowa Izabeli z Wokulskim na temat wykupienia rodowych sreber Łęckich jest tutaj powtórzona przynajmniej trzy razy, głównie w celu wywołania śmiechu. Śmiech też wywołują rękawiczki, które w sklepie Stanisława obstalowuje panna Łęcka.
W ogólności poszczególne epizody zaczerpnięte z powieści Prusa zestawione z teraźniejszym kontekstem, są paliwem do nieustannej kpiny. Dostało się nawet II Programowi Polskiego Radia oraz stołecznej Filharmonii, za cenzurowanie wszelkich przejawów rosyjskiej muzyki (zostało to przełamane po zmianie dyrekcji w Narodowej).
Wielki napis nad sceną zachęca jednak publiczność szczególnie ciętą na muzyczność rosyjską, do opuszczenia sali w czasie bardzo głośnej emisji utworu Sergiusza Prokofiewa Montecchi i Capuleti. Nawet domniemane zasługi powstańcze Wokulskiego, tak delikatnie zaznaczone w książce, tutaj ukazywane są w dosyć podejrzanym świetle, kiedy rzeczony polski patriota odsłania swoje cztery litery, aby ukazać odmrożone rejony na Syberii. Wspomina się mimochodem także o czerwonych, odmrożonych dłoniach. Tak czy inaczej tożsamość Wokulskiego jest dosyć podejrzana, a jego interesy związane z dostawami dla (wrogiej) armii, jeszcze bardziej.

Postać Suzina, przyjaciela naszego biznesmena, pachnie zanadto Putinem, a może i Epsteinem, tatuś Izabeli (Robert T. Majewski) ma także dosyć dwuznaczne inklinacje, wreszcie odwieczny konflikt płci, feministki kontra patriarchat, ukazany jest wręcz jako cyrkowa klaunada. Od początku do końca przedstawienia przeszłość i teraźniejszość przenikają się bez patosu i sentymentu, raczej z nutką ironii i kpiny. Ale jako temat do nieustającej dyskusji o Polsce, wydają się wręcz idealne.
Joanna Tumiłowicz