Język abstrakcji łączy, a nie dzieli, twórczość trzech artystek – Polki, Amerykanki urodzonej w Etiopii i Chinki. Maria Jarema, Julie Mehretu i Minh Lan Tran choć tworzyły (tworzą) w różnych czasach, należały (należą) do różnych narodów i mają odmienne podejście do zastanej rzeczywistości, to wspólna dla nich jest nie tylko nieprzedstawiająca i niefiguratywna stylistyka formalna, ale także aktywne, realistyczne podejście do życia, spraw społecznych i politycznych.
Współkuratorka wystawy w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie Natalia Sielewicz napisała: – „Pomimo dzielących je pokoleń i odmiennych kontekstów geograficznych łączy (...) je przekonanie, że abstrakcja nie oznacza chłodnej autonomii ani oderwania od otaczającej nas rzeczywistości”. Najmłodsza Minh Lan Tran z Hongkongu prezentuje tutaj ogromne, długości 19 metrów, dzieło zwisające od szczytu Muzeum aż do jego podstawy, wykonane z arkusza naturalnego lateksu. Do jego wykonania potrzebny był sok z drzewa kauczukowego wypływający po nacięciu kory. Symbolika tego materiału przywodzi na myśl ranę zadaną żywej przyrodzie, którą bezmyślnie zanieczyszczamy i degradujemy. W dolnej części tej wielkiej płaszczyzny rozpiętej w przestrzeni monumentalnej klatki schodowej MSN artystka w połyskującym lateksie wypaliła niewielki otwór, który jeszcze nie niszczy wielkiej konstrukcji, ale jest sygnałem ostrzegawczym.
Z kolei Julie Mehretu stosuje wiele klasycznych technik malarskich i graficznych, jest tutaj wykorzystana zarówno technika fotograficzna moderowana komputerowo, technika sitodruku, rysunek architektoniczny, czasem uboga, ale kiedy indziej bogata faktura kolorystyczna. Kolekcja prac Julie Mehretu ukazuje kolejne etapy twórczości artystki wywodzącej się z Etiopii, ale mającej swe korzenie... w Polsce. Jej pradziadek na początku XX wieku wyemigrował z Piotrkowa Trybunalskiego do USA. Julie Mehretu stara się oddać w twórczości skomplikowanie współczesnego statusu człowieka.

Pisze w materiałach swojej wystawy: – „Zrozumienie tego kim jesteśmy i w jakim miejscu się znajdujemy, jest zadaniem niezwykle abstrakcyjnym, chaotycznym i pełnym niepewności. Żyjemy pośród licznych sprzeczności, które nas kształtują – dlatego są to czasy wyjątkowo złożone i trudne do uchwycenia”. W istocie rozrzut tematów i spraw, które inspirowały ostatnio artystkę, jest ogromny. Mamy więc reminiscencje oparte na planie architektonicznym pałacu Husajna w Babilonie, zamazane sylwetki chińskich lekarzy w początkach pandemii COVID-u, odpryski skutków tragicznego pożaru Muzeum Narodowego w Brazylii, a nawet inwazji Rosji na Ukrainę. I wreszcie artystka polska Maria Jarema, która była jedną z kapłanek malarskiej awangardy, swoją precyzją i jasnością rozwoju stylistycznego gruntująca wysoką pozycję rodzimej twórczości. Żyjąca tylko 50 lat, zmarła w 1958 roku malarka, rzeźbiarka, scenografka, nawet aktorka legendarnego krakowskiego teatru Cricot i współzałożycielka Grupy Krakowskiej, miała też bardzo klarowny pogląd na sztukę i kulturę. Potrafiła wyrazić swą opinię na temat stalinowskiego socrealizmu, który np. niszczył takie indywidualności jak Władysława Strzemińskiego i Katarzynę Kobro.
Niestety niewiele mogła skorzystać na „popaździernikowej odwilży” pozwalającej artystom zaczerpnąć choć trochę świeżego powietrza swobody – wtedy m.in. powstał pierwszy w Europie Wschodniej Festiwal Muzyki Współczesnej Warszawska Jesień – ale jej poglądy na sztukę, a także na mieszanie się narodowych tradycji, stylów i technik, czyli na tzw. multi-kulti, są także dziś aktualne.

Wystarczy przedstawić jej słowa odnoszące się właśnie do swobody kształtowania modernistycznego stylu: – „Bez deformacji, transpozycji, metafory, abstrakcji – nie jesteśmy dzisiaj w stanie objąć i wyrazić narastających konfliktów uczuć i spraw”. I właśnie Maria Jarema zmarła prawie 70 lat temu na tyle zachwyciła francuskiego kuratora Erica de Chassey'a z Beaux-Arts de Paris, profesora historii sztuki współczesnej Uniwersytetu w Tours, że zajął się współtworzeniem wystawy Marii Jaremy w MSN w Warszawie.
Sam skromnie przyznał, że nazwisko polskiej artystki jeszcze 20 lat temu niewiele mu mówiło, ale dziś może uchodzić nie tylko za entuzjastę, ale i znawcę jego zdaniem uniwersalnej twórczości i skomplikowanych losów wielkiej awangardowej malarki. Wystawa Marii Jaremy trafi następnie do muzeum Lenbachhaus w Monachium.

Można liczyć na to, że przyczyni się to do międzynarodowego triumfu naszej artystki. Jako puentę do wystawy trzech artystek można wspomnieć o wzajemnym zazębianiu się losów trzech tak różnych z pozoru kobiet. Do polskich korzeni urodzonej w Etiopii Julii Mehretu można dołączyć udział Marii Jaremy w proteście przeciwko inwazji faszystowskich Włoch na Etiopię, zaś Minh Lan Tran, aby wykonać swoje dzieło przez ponad miesiąc pracowała w podziemiach MSN nad swoim „obrazem” pt. Rdzeń, podczas gdy inne artystki malowały na ścianach jednej z sal Muzeum wielki mural poświęcony aktywności Marii Jaremy, związkom z takimi artystami jak Tadeusz Kantor, Erna Rosenstein czy Eugeniusz Waniek, co też ma swoją artystyczną wartość.
Joanna Tumiłowicz