Przegląd nowości

Sceny z życia londyńskich dekadentów albo Dwanaście twarzy muzycznych Graya

Opublikowano: czwartek, 12, marzec 2026 10:53

Bo mamy do czynienia z muzyczną adaptacją pochodzącej z epoki wiktoriańskiej powieści Oscara Wilde'a Portret Doriana Graya (Teatr Nowy w Krakowie, adapt. i reż. Piotr Sieklucki). Sam motyw in effigie, czyli zastępczego oddziaływania poprzez wizerunek, posiada odległy rodowód. Od wywierania magicznego wpływu na osobę w ten sposób wyobrażoną, zazwyczaj złowrogiego i szkodliwego, mającego ściągnąć na nią nieszczęście, chorobę, a nawet śmierć. To także egzekucje in effigie na niedostępnym wrogu lub skazańcu. W powieści angielskiego lorda paradoksu, jak nazywano Wilde'a, a którego literackimi reprezentantami są w niej tytułowy bohater, amoralny lord Henry Wotton oraz artysta, malarz Basil Hallward, twórca tytułowego portretu, który to przejmuje na siebie upływ czasu oraz odpowiedzialność za popełniane przez Graya niegodziwości. W ten sposób niczym człowiek nietzsche'ański pozostaje on poza dobrem i złem, a jednocześnie zachowuje nietkniętą młodość.

 

Dwanaście twarzy

 

Cała trójka tworzy grono dekadentów, stojących ponad przeciętnym otoczeniem, a co za tym idzie normy tamtego nie mają do nich zastosowania. U Wilde'a Gray przechodzi stopniową ewolucję w tym kierunku, a w przedstawieniu zdaje się być już w pełni ukształtowanym. W końcu stara się jednak  uwolnić od brzemienia popełnionych występków poprzez zniszczenie oszpeconej wskutek nich podobizny, czym ściąga na siebie zgubne skutki, przyczyniając się do własnego unicestwienia, gdyż mimo wszystko tworzył z nią jedność. W spektaklu Piotra Siekluckiego przybiera to dosłowny wymiar samobójstwa w postaci dobiegającego zza kulis strzału. Historia Doriana Graya przytoczona zostaje w następstwie scen puentowanych za pomocą muzycznych numerów, najczęściej solowych songów i nielicznych zbiorowych (muz Piotr Harańczyk). Za ich pomocą przywołane zostają również wydarzenia spoza akcji jak samo pochodzenie bohatera. Momentami można odnieść wrażenie, że cała rzecz rozgrywa się jakby w jego świadomości, skoro niektóre postacie posiadają na poły widmowy charakter, wyłaniając się z okotarowanych ścian (scen. Łukasz Błażejewski) i na powrót pomiędzy nimi znikając (Wuj, żydowski antreprener Sybilli Vane, jej matka oraz brat James). Wspomniany przedsiębiorca posługuje się nadto wyrazistym „ł“ przedniojęzykowym, do niedawna pozostającym wyłącznie reliktem scenicznym, z którego ostatnio zrezygnowano w edukacji teatralnej. Czyżby kultywowano je na wydziale aktorskim Uniwersytetu im. Modrzewskiego, kierowanym przez reżysera spektaklu i dyrektora teatru w jednej osobie? Tłumaczy to zarazem młody wiek większości wykonawców, będących dopiero adeptami tego zawodu. Występ jest probierzem nabytych przez nich umiejętności. I to nie tylko dramatycznych, ale i wokalnych.

                                                                  Lesław Czapliński