Jest to film, a w zasadzie filmowy spektakl Teatru Telewizji, odnoszący się do innego filmu, konkretnie Wszystko na sprzedaż Andrzeja Wajdy. W setną rocznicę urodzin i dziesiątą rocznicę śmierci znakomitego twórcy Mateusz Atman i Agnieszka Jakimiak w ten dosyć oryginalny sposób składają hołd dla mistrza polskiego kina i dokonują twórczej rekonstrukcji jego obrazu z 1968 roku. Dokonują przy tym zamiany głównego „nieobecnego bohatera”, bo zamiast Zbigniewa Cybulskiego ma nim teraz być właśnie Andrzej Wajda, którego nazwisko nie pojawia się ani razu. Są natomiast żałosne próby środowiskowego odnotowania straty, jakiegoś podsumowania dorobku, czy wyliczenia zasług dla kultury. Nic z tych rzeczy.
Branża nie jest w stanie wygenerować jednego sensownego zdania, więc film będący „remiksem” filmu dodaje kilka symbolicznych „fotek” z bogatej skarbnicy mistrza. Jest zapalanie wódki w kieliszku, są konie, jakiś stary kubek wojskowy, jakoby legendarna kurtka itd. Jest też zacytowane zdanie Mistrza, że jeśli się w pracowitym życiu stworzy wiele dzieł, to może dwa, albo trzy przetrwają po jego śmierci. Zamiast więc wyliczać najważniejsze osiągnięcia twórcy, który był dla Polaków nauczycielem patriotyzmu, poruszał w filmach największe tragedie narodowe, jak Powstanie Warszawskie, mord w Katyniu, żołnierzy wyklętych, zbrodnie komunizmu. Włączał się też z wielką nadzieją w symptomy odrodzenia „Solidarności”. Podążał za myślą największych budowniczych polskiej kultury, za Mickiewiczem, Wyspiańskim, Fredrą, Przybyszewską, Reymontem, Żeromskim, Iwaszkiewiczem i innymi. Zamiast tego mamy świetne zdjęcia współczesnej Warszawy i zarazem mocny akcent społeczno-polityczny, także w konsekwencji przegrany – „Czarny protest” w 2016 roku, co jest jedynym istotnym konkretem i zarazem osobistym wglądem obecnych reżyserów filmu-spektaklu. Wiele czasu upłynęło od „pierwowzoru” filmu Andrzeja Wajdy, ale są jeszcze świadkowie tamtych dni i tamtych wydarzeń, więc zgodnie ze stosowaną przez Wajdę metodą „dokumentowania” dla przyszłych pokoleń pojawia się w nowym filmie postać Daniela Olbrychskiego.
Jest też Anda Rottenberg sięgająca pamięcią i własną aktywnością zawodową do czasów Andrzeja Wróblewskiego, Władysława Strzemińskiego i innych wybitnych twórców wizualnych interesujących Wajdę. Na ekranie pojawia się w ważnej roli Magdalena Cielecka, jedyna aktorka z tej młodej obsady, która miała szczęście zetknąć się z ikoną polskiego filmu. Pozostali twórcy i uczestnicy tego Wszystko na sprzedaż mieli do czynienia wyłącznie z legendą. Czy potrafią zbudować jakieś „przedłużenie”, przejąć pałeczkę? Czy ten patchworkowy spektakl dotrze do widzów największego teatru na świecie? Zestaw przewidywanych odbiorców najlepiej scharakteryzowała Magdalena Cielecka.

Najbardziej pozytywna reakcja spodziewana jest od entuzjastów Wajdy, a zwłaszcza fanów Wszystko na sprzedaż. Zainteresuje też pewnie miłośników polskiego kina, ale gorzej będzie z codziennymi odbiorcami telewizyjnej „sieczki i magmy” repertuarowej. A jak odbiorą tę pozycję ci, którzy w ogóle nie słyszeli o Wajdzie, a są przecież i tacy. Ci raczej z reguły omijają szerokim łukiem programy w typie Teatr Telewizji. Są w tym spektaklu sceny epickie, zatrzymujące akcję, zwykle doceniane przez koneserów, ale drażniące tzw. zwyczajną publiczność, np. długie sekwencje filmowane zapewnie z drona, towarzyszące jeździe bohaterów ośnieżonymi ulicami stolicy, jakoby w poszukiwaniu reżysera, jest przeciągana do niemożliwości scena występu norweskiego saksofonisty Bendika Giske, który jedną z bohaterek, jakoby Elżbietę (Czyżewską) graną przez Darię Połuninę, skłania do zapamiętania się w tańcu. Minimalistyczna muzyka jest oczywiście zachętą do ekstazy, a jednocześnie ostinata saksofonu nakładane na elektroniczny podkład tworzą zarazem nastrój poetycki, nostalgiczny, podobnie jak muzyka towarzysząca filmowi przygotowana przez Wojtka Blecharza. Twórcza rekonstrukcja filmu z 1968 roku, akcentująca wydarzenia roku 2016, pojawiająca się w 2026 roku stanowi w istocie ciekawy eksperyment z uciekającym czasem, czego konsekwencje nie dają się łatwo zinterpretować.
Joanna Tumiłowicz