Kopista Bartleby, przedstawienie według opowiadania Hermanna Melville'a w krakowskim teatrze Łaźnia Nowa (reż. Tomasz Fryzeł), najbardziej odkrywczym jest pod względem warstwy wizualnej (scen. Anna Oramus) i akustycznej.
Przestrzenne uwięzienie postaci dokonuje się za sprawą dekoracji złożonej z dwóch kręgów: poziomego oraz drugiego, umieszczonego pionowo względem pierwszego, po lewej jego stronie, lub prawej, w zależności od tego, po której zajmie się miejsce. Widownia bowiem rozmieszczona jest amfiteatralnie z obydwu stron terenu gry, co wzmaga jeszcze poczucie klaustrofobii. Od czasu do czasu, niczym obiektyw ogromnej kamery, wyobrażony za pomocą rampy oślepiających reflektorów, przesuwa się wzdłuż kolejnych rzędów publiczności, chwytając jej zbiorowe ujęcia, na co wskazuje zwielokrotniony odgłos migawki.
Aktorzy (Adam Borysowicz w tytułowej roli oraz Sebastian Grygo jako właściciel kancelarii) przemieszczają się wyłącznie w obrębie wspomnianych kręgów, co znajduje werbalny wyraz w obsesyjnie powracającej, zapętlonej frazie jednego z nich: „Drzwi. Korytarz. Klatka. Poręcz. Drzwi. Otwieram“.
Odnosi się to zarazem do zamknięcia w monotonnej rutynie codziennych czynności biurowych, powoli odbierających uwikłanym w nie ich indywidualność, a co za tym idzie człowieczeństwo. Tytułowy bohater spróbuje wymknąć się temu mechanizmowi, chroniąc się za pancerzem trybu warunkowego "Wolałbym nie", nie będącego ani przyzwoleniem, ani kategoryczną odmową. Pomiędzy uwięzionymi w egzystencjalnym potrzasku wytwarza się toksyczna więź, chorobliwe wzajemne przywiązanie do siebie.
Nie mogą uwolnić się od tej relacji nawet wtedy, gdy traci ona pierwotny charakter zależności pomiędzy pracodawcą i zatrudnionym. Poniekąd są skazani na siebie, a pierwszy do pewnego stopnia przegląda się w drugim, być może dostrzegając w nim alternatywny, niespełniony wariant własnego życiorysu, życiorysu przystosowanego członka urzędniczej korporacji, którego atrybut stanowi skórzana teczka, z którą ani na moment się nie rozstaje.
Na tę ich odmienność wskazuje fakt, że mimo zamknięcia w tej samej przestrzeni, nie dzielą jej, gdyż każdy z nich wydobywany jest za pomocą osobnego snopu światła (Klaudyna Schubert), które niekiedy układają się w ornamentalne kompozycje. Pod względem fabularnym akcja dość szybko wyczerpuje się, choć jednocześnie rzetelnie odzwierciedlona zostaje treść literackiego pierwowzoru (scenariusz Piotra Fronia), co w dzisiejszym teatrze nie jest takie oczywiste.
Lesław Czapliński