W Teatrze Współczesnym temat współczesny, jakby niewinnie przeniesiony z wielkich agencji newsowych, które rozdrapują sprawę śledztwa po zmarłym Jeffreyu Epsteinie. Bohater tego dramatu – 23 i pół godziny autorki Carey Crim – jest nauczycielem i zostaje oskarżony o niedozwolone kontakty z uczennicami. To główna oś dramaturgiczna spektaklu, którego tytuł jest mylący, bo widz nastawia się na to, że zobaczy trwający 1,5 godziny zapis tego, co się działo przez prawie całą dobę, a tymczasem historia przebiega przez kilka lat, może 4, może 5, a nawet więcej.
Rytm upływającego czasu wyznaczają przerwy muzyczne między scenami, które zostają wypełnione utworami z ulubionego repertuaru dwóch zaprzyjaźnionych par małżeńskich, Hodgesów i Wagnerów. Nawet na początku wylicza się nagrania tych muzycznych idoli – zapamiętałam tylko dwa zespoły – The Doors i Sex Pistols. Z głośników dobiega więc w tych głośnych chwilach „zmiany czasu" (reżyseria i opracowanie muzyczne Jarosław Tumidajski) rock, potem punk-rock, potem kolejne jego odmiany, aż do jakiejś quasi lirycznej repetytywności.

Ten okresowo włączany elektroniczny hałas każe nam pamiętać, że sytuacja w życiu bohaterów się zmienia. Tom Hodges wraca z więzienia i chce zacząć nowe życie. Ale o wiele bardziej znamienne i przekonujące są długie chwile milczenia na scenie, bo uczestnicy rozmów wciąż zastanawiają się co powiedzieć i jak to powiedzieć, aby nie urazić swych rozmówców. Po długich chwilach napięcia i ciszy, gdy wreszcie ze sceny pada jakieś nieostrożne słowo sytuacja się zmienia, następują histeryczne krzyki, ale to już nie robi takiego wrażenia, jak poprzedzająca je cisza.
I tak to leci przez całe przedstawienie. Mamy tutaj popisy znakomitej gry aktorskiej, w której przewodzi żona głównego „oskarżonego” Leigh Hodges grana przez Katarzynę Dąbrowską. Znakomicie partneruje jej syn Nicolas Hodges. To Jan Scardina, student Akademii Teatralnej, który świetnie, z pełną swobodą i naturalnością odtwarza postać trochę narwanego, trochę buńczucznie zbuntowanego, trochę bezbronnego, ale też szanującego matkę wyrostka.

Pozostałe postacie mniej lub bardziej wiarygodnie tworzą tło dla tej pary. Może jeszcze Tom, Szymon Mysłakowski, gdy otrząśnie się jakoby z więziennej traumy, pokazuje że cieszy go puszczana z radia muzyka, podskakuje, podśpiewuje i to też jest naturalne. A cała sprawa, niby importowana z USA sztuka amerykańskiej dramatopisarki, odnosi się wprost do naszych czasów i naszego ekosystemu. Choćby do młodzieży, z którą coraz gorzej radzi sobie szkoła i rodzice. Odnosi się też do „hejtu”, który współcześnie jest tak łatwo rzucany.
Może trzeba pomyśleć o krzywdzie, która jest adresowana do „niby winnego”, a rozlewa się na całą jego rodzinę. Może to trzeba potraktować jako gwizdek alarmowy, choć publiczność sceny w Baraku jakby nie dostrzega naszej specyfiki. Na widowni, gdzie jest kilku ludzi z branży, są też przedstawiciele elity krytyków teatralnych, śmiechy dotyczą wyłącznie sytuacji, gdy ktoś gra pijanego i jeszcze dolewa sobie alkoholu do szklanki. Nie dotarło, że to nic wesołego? Sztuka wymaga pogłębionej refleksji.
Joanna Tumiłowicz