Przegląd nowości

Salon Rossini u Signora Bruschino

Opublikowano: poniedziałek, 23, luty 2026 21:36

Rossiniowski jubileusz wykwitł w stolicy dwoma świetnymi wydarzeniami. Co prawda Mistrz z Pesaro zrobił swym wielbicielom dowcip, i jego urodziny (29 lutego) można obchodzić tylko raz na cztery lata, ale my nie takie absurdy potrafimy przewalczyć. W Filharmonii Narodowej odbył się elegancki wieczór pod nazwą Salon Rossini z udziałem czworga młodych artystów, którzy stoją już (zwłaszcza panowie) niemal na stopniach operowego Olimpu, a ponieważ  układ głosów – sopran, mezzosopran, tenor, baryton – idealnie predestynuje ich do tworzenia kwartetów wokalnych, więc skorzystano także z tej możłiwości (były również wokalne duety) przy układaniu programu złożonego w całości z pieśni tego kompozytora.

 

Rossini,salon 1

 

Wieczór w Salonie był pełen pięknej muzyki, może nawet trochę zbyt głośnej, bo młodzi wokaliści nie uwzględnili faktu, że Sala Kameralna ma świetną akustykę ale jest niewielka i nie trzeba pokazywać pełnego wolumenu śpiewanego na podparciu.

 

Rossini,salon 2

 

Gdy więc nasi operowi soliści śpiewali w kwartecie było najlepiej, bo słuchali po prostu siebie nawzajem. Bohaterką salonu była też podająca muzykę od fortepianu Anna Marchwińska, której kariera jako korepetytora pianistów także sięgnęła już światowego Olimpu operowego. Jedną z pieśni zadedykowała też swemu ojcu Jerzemu Marchwińskiemu i macosze Ewie Podleś.


Mocne operowe nazwisko na szczęście nie przewróciło w głowie tenorowi Piotrowi Buszewskiemu, który wspaniale popisał się popularną tarantellą Rossiniego La danza, zaproponowaną też pozostałym wykonawcom na wspólny bis. Niektórzy żałowali, że nie pojawił się w programie duet kotów czyli Duetto buffo di due gatti. Baryton Hubert Zapiór brylował w mniej wesołych utworach, jak La separazione gdzie nieustannie pojawia się zaprzeczenie „No, no”, a także w śpiewanej na jednym dźwięku francuskojęzycznej Adieux a la vie. 

 

Rossini,salon 3

 

Sopranistka Aleksandra Orłowska oczarowała też we fracuskojęzycznej Aragonese zaś Zuzanna Nalewajek wcieliła się w postać Hiszpanki w A Grenade. Dostojny, choć w istocie dosyć powściągliwy nastrój Salonu Rossini, eksplodował pomysłami scenicznymi w uroczej jednoaktówce Il signor Bruschino na scenie Opery Królewskiej w Pomarańczarni. 

 

Rossini,salon 4

 

Dzieło rozkwitło dzięki talentowi i pomysłowości reżyserki Jitki Stokalskiej. Miała ona swój zasłużony benefis i tryskała zabawnymi pomysłami niekoniecznie wywodzącymi się z libretta opery. Paweł Michalczuk jako Gaudenzio nakłoniony został do dosyć forsownych ćwiczeń gimnastycznych z pomocą asystentów-mimów. Para zakochanych miała swoje te'te a te'te na białym prześcieradle, które jakoby miało oddzielać osoby czyli stanowić fizyczną barierę dla młodych, zwłaszcza, że w ówczesnych obyczajach panna młoda ma być niewinna i nieświadoma.


Reżyserka zainscenizowała nawet pojedynek na laskę i parasolkę z udziałem głównych bohaterów. Mimowie też odegrali znaczące role amorków ze skrzydłami. Swoistą rewelację, stanowiącą dalszy etap rozwoju scenicznych projekcji, stworzył autor scenografii Wojciech Stefaniak włączając rzucanie na stojące dekoracje różnobarwnych świateł idealnie wpasowaneych w architekturę dosyć skomplikowanej scenografii. Nieustanne zmiany slajdów były jakby istotnym kontrapunktem opowiadania akcji przedstawienia, które nawet na sekundę nie traciło tempa.

 

Rossini,salon 5

 

W kalejdoskopie efektów wizualnych można było przeoczyć przygotowanie solistów i orkiestry kierowanej przez Karola Szwecha, a przecież urok Rossiniego kryje się głównie w dźwiękach (niezwykle popularna Uwertura), a zwłaszcza w śpiewie. Były tutaj oczywiście ansamble, tercety, kwartety, kwintety, ale nie można zapomnieć o mistrzowskich ariach koloraturowych w wykonaniu Aleksandry Kubas-Kruk.

 

Rossini,salon 6

 

Ogromnie forsowną rolę aktorsko-charakterystyczną Padre Bruschino wziął na siebie Witold Żołądkiewicz. Doskonale prezentował się amant – Florville Sylwester Smulczyński. Żaden z nich nie musiał nadużywać głosu, bo akustyka Teatru Stanisławowskiego tego nie wymaga, zresztą ogrom zadań aktorskich wykonywanych przez solistów skutecznie hamował belcantowe zapędy, śpiewu było tyle, ile trzeba, a recytatywy, zgodnie z tradycją odbywały się przy akompaniamencie fortepianu. Jednoaktowej operze, pokazywanej jednak w dwóch częściach, można chyba wróżyć długi sceniczny żywot, choć na początek przedstawień jest zaledwie kilka.

                                                             Joanna Tumiłowicz