Ten nieco staroświecki mebel, (bo nie jest to żaden czarny koncertowy Steinway, ale jakaś bardziej luksusowa, salonowa marka w kolorach brązu), służy do wielu celów. Kompozytorka Róża (Justyna Kowalska) leżąc na pudle od niechcenia wciska najbliższe klawisze, by stworzyć nowe, ambitne dzieło. Na fortepianie dochodzi niemal do płciowego zbliżenia z kochankiem, a potem oboje siadają na klawiaturze, ona na tzw. basach, on na wysokich rejestrach, co oczywiście także daje pewien obraz dźwiękowy.
Nie przyznaje się do tego quasi-muzycznego efektu kompozytor Piotr Moss i „zwala” wszystko na reżysera Jana Englerta. Ten zresztą podczas promocyjnej projekcji przedstawienia Teatru Telewizji odebrał Panu Piotrowi większość inicjatywy mówiąc, że przed pierwszymi próbami spektaklu wg Witkacego Bezimiennego dzieła już zamówił odpowiednie efekty dźwiękowe demonstrując kompozytorowi, że „tu ma być takie pum-pum-pum”, a tutaj coś innego.
Piotr Moss wykonał zamówienie zgodnie z intencją twórcy, który ten szalony i wcale nie śmieszny dramat Stanisława Ignacego Witkiewicza wykorzystał do straszenia publiczności przed zbliżającymi się katastrofami. Jego przepowiednia brzmi – „sztuczna inteligencja nas zeżre” i w koszmarnym finale widowiska na ekranie dyndają na sznurach dwa ciała wisielców, a obraz stopniowo pochłania zrzut z ekranowej numerycznej emisji programu AI.

Muzyką do tej wieszczącej sceny jest niewinny walczyk na fortepian i wiolonczelę, bo to przecież zupełnie dziecinne marzenie o słodkościach, do którego wcześniej zachęca ojciec głównego bohatera, stary Plazmodeusz Daniel Olbrychski. Prawdopodobnie pierwowzorami postaci ojca i syna byli Stanisław Witkiewicz i Stanisław Ignacy.

Plazmodeusz mówi więc z ekranu do publiczności, czyli do mas robiących słupki oglądalności: – „A teraz zapraszam państwa na kawusię i bułeczki”. Wcześniej nieszczęsna kochanka młodego Plazmonika Macieja Stuhra, czyli Róża rysująca na ścianie więziennej celi partyturę nowego utworu, bo sędzia – Englert nie pozwolił jej wstawić fortepianu, natrząsa się z dawnego partnera, że malarz to żaden artysta, muzyk to coś lepszego. I rzeczywiście, w naszych czasach muzyk nawet za nieudane lub odwołane wykonanie dostaje „jakiś pieniądz”, a malarz sam musi płacić za wynajem sali na wystawę.
Tutaj także Witkacy miał rację, choć to w kontekście całego Bezimiennego dzieła, drobiazg. Bo mamy w spektaklu niemal wszystko co rozwichrzona natura naszego społeczeństwa mogła sobie zafundować: i nieustanne wzajemne oskarżenia o szpiegostwo i zdradę na rzecz innego mocarstwa, i odmienianie przez wszystkie przypadki słowa demokracja przez tyranów i autokratów, i podburzanie gawiedzi, i zachęty do bojkotu i rozróby, i opluwanie najgorszymi słowami, i wyskakiwanie z miejsca na fotelu, i cały ten chaos informacyjno-prawny oraz absurd logiczny.

Po tym wszystkim przecieramy oczy ze zdumienia, zwłaszcza po końcowej scenie, która jest dopełnieniem wcześniejszych walk politycznych, gdy dwaj antagoniści już jako wisielcy huśtają się na długich sznurach. Odkrywamy ze zdziwieniem, że całkiem niedawno panowie D i K chyba świadomie mówili Witkacym, albo też Witkacy w swoich proroczych snach wykreował aktorów na obraz i podobieństwo owych panów. Nowa premiera w Teatrze Telewizji wygląda „smakowicie” i kusząco.
Joanna Tumiłowicz