Przegląd nowości

Łabędzie jezioro stara się zasłonić nieprzyzwoitą narrację

Opublikowano: wtorek, 17, luty 2026 21:46

Jeśli łabędzie długie szyje kojarzą się nieco z anatomią węży, to w spektaklu Teatru Dramatycznego pokrewieństwo takie zostało wykorzystane. Helena Urbańska, aktorka wykonująca ekscytujące niektórych panów ewolucje quasi-erotyczne przed kamerą jako CamGirl, występuje tu także jako baletnica w scenie z Jeziora łabędziego Piotra Czajkowskiego (Rosjanina, czym pieczętuje się powrót sztuki rosyjskiej do Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie).

 

Weze 1

 

Taniec w choreografii Wojciecha Grudzińskiego akurat nie ma w sobie nic ze sprośności, zbliżony jest do klasycznych układów, wszak artysta wykształcony w Polsce i Holandii poznał specyfikę zarówno tańca tradycyjnego jak i nowoczesnego, a przy tym potrafi realizować swe projekty z poczuciem humoru i dystansem, jak stwierdzono w komentarzu do Paszportu Polityki. Muzyka Czajkowskiego, za którą odpowiada Rafał Ryterski, podawana jest nie przez orkiestrę symfoniczną, ale instrumenty elektroniczne, podobnie jak większość oprawy dźwiękowej zdecydowanie nawiązującej do obowiązujących mód.

 

Weze 2

 

Natomiast podkasana spódnica aktorki, zapewne podpowiedziana przez scenografkę i kostiumolożkę Dorotę Nawrot, ma być parodią klasycznej „paczki” na ciele owych uczłowieczonych baletowych łabędzi. Nie rozpamiętując już nieparlamentarnego (a może właśnie parlamentarnego) języka dialogów, a także zaczerpniętych z twórczości pornograficznej scen wirtualnego kuszenia (nad stopniem wyuzdania czuwała specjalistka ds. koordynacji intymności Martyna Czarnecka) wszystko jest tutaj w granicach smaku nie zawsze dobrego, ale jednak bezpiecznego. 


W każdym razie premiera przedstawienia Zaklinanie węży w gorące wieczory w reżyserii Jana Jelińskiego będąca adaptacją głośnej książki Małgorzaty Żarów, która jest zdania, że o obyczajach seksualnych należy mówić bez zbędnych osłonek, stara się być wierna ogólnemu założeniu. Książkę, która już doczekała się nagrody NIKE określa się jako brawurową i nieobliczalną, w wydaniu scenicznym przynosi kicz, katastrofizm, grozę i okruchy pornografii. Surrealistyczne udekorowanie sceny dwiema ogromnymi podnoszącymi się dłońmi wprowadza nas w świat oniryczny, a wielki ekran, na który rzucane są obrazy z kamery wykorzystuje, bodaj po raz pierwszy w teatrze, pomysł zaczerpnięty z powszechnie używanych ekranów dotykowych, więc wystarczy pociągnąć obraz ręką w dół, aby zobaczyć niższe partie ciała występującej aktorki.

 

Weze 3

 

Są też sceniczne chwyty bardziej ograne, jak przypinanie ciała do liny i podciąganie w celu odbycia „podniebnego stosunku”, czy też wdychanie gazu z butli z helem, aby głos nabrał cech bajkowego skrzata. Korzystanie z rozmaitych technik performatywnych nie uchroniło spektaklu od zalewu miałkości. Mniej więcej w połowie kończy się inwencja twórcza reżysera i zaczynamy rozumieć, że spektakl nie ma więcej nic nowego do powiedzenia, poza tym, że wyimaginowany twórca filmów pornograficznych nie ma innych ambicji, jak tylko naciągnąć rozkojarzoną dziewczynę na jakieś zbliżenie, a wszystkie szeroko zachwalane zabiegi artystyczne są tylko zasłoną dymną dla jego chuci.

 

Weze 4

 

Na niewiele się też zdają katastroficzne prognozy dotyczące miasta, które jest jakby nie było stolicą państwa polskiego. Ponoć wymowa utworu miałaby stawać w obronie wyzyskiwanych „pracownic seksualnych”, gdy tymczasem rozerotyzowane apetyty skłaniają wielu osobników nie związanych z branżą do tworzenia Sodomy i Gomory w całkiem zwykłych miejscach pracy, nauki, modlitwy i sportu.

                                                                 Joanna Tumiłowicz