Ostatnio w widowiskach, zwłaszcza choreograficznych, coraz częściej pojawiają się samowystarczalne „miasta kobiet“, świetnie obywające się bez mężczyzn. Na przykład Rok, w którym nie było lata Florentine Holzinger z Volksbühne am Rosa-Luxemburg-Platz w Berlinie. Uosobieniem takiej postawy jest mizoandryczna chińska księżniczka Turandot (Patrycja Marszałek), oziębła seksualnie niczym lód, z którego kostek tworzy jakby obronny mur, mający odgrodzić ją od świata zmysłów.

Tak jest w przedstawieniu opera.exe (Scen., chor. i scen. Eryk Makohon) Krakowskiego Teatru Tańca, które zaprezentowane zostało w ramach tegorocznego festiwalu Opera Rara w Cricotece. Pojawia się w towarzystwie trzech innych kobiecych archetypów operowych, a dokładnie mitycznych: Elektry (Agnieszka Bednarz-Tyran) i Medei (Natalia Myczewska) oraz biblijnej Salome (Jelizaweta Tereszonok), gdyż ich związek z poświęconymi im operami jest tu dość pretekstowy.
Pierwsza i trzecia występują w dramatach muzycznych Richarda Straussa i związane są z tańcem. W pierwszym przypadku bohaterka na śmierć zatraca się w ekstatycznym wirowaniu, gdy zemsta rękoma brata zostaje dokonana, w drugim wymusza w ten sposob na Herodzie podarowanie jej martwej głowy Jana Chrzciciela, która staje się perwersyjnym rekwizytem, nad którym zyskuje pełne panowanie. Jest to taniec siedmiu zasłon, przez które przeświecało nagie ciało lub takie ukazywało się po zrzuceniu ostatniego szala.

Niektóre śpiewaczki miały za punkt honoru, by nie być w tym numerze dublowane przez tancerki. W omawianym spektaklu jej wcielenie zdejmuje dwie spośród trzech warstw kostiumu-kombinezonu. Może zatem, zamiast dwóch pozostałych, należało uzupełnić ten kwartet o tytułową niemą z Portici Aubera oraz Carmen, najbardziej złowieszczą kobietę fatalną, a zarazem postacie w pełni operowe?
Mogło się w pierwszej chwili wydawać, że od zasady wyłączności świata kobiet nastąpi odstępstwo w przypadku wspomnianej Turandot, skoro w charakterze muzycznej wizytówki, dotąd wykonywanej przez Annę Zawiszę, pojawił się nie jej motyw, ale głosem Luciana Pavarottiego wyśpiewana aria Kalafa Nessun dorma, a reprezentująca ją tancerka odznaczała się nieco androgynicznym wyglądem.

Mamy więc do czynienia z czterema mocnymi kobietami, biorącymi krwawy odwet za przedmiotowe traktowanie ze strony patriarchatu, czego dosłowną alegorią staje się Medea, występująca w klasycystycznej operze Luigiego Cherubiniego, przyodziana w skąpany w posoce kostium. Widowisko operuje rytmicznym ruchem na tle muzyki elektronicznie generowanej (Piotr Peszat), pośród dymów i świateł stroboskopowych (Filip Marszałek), co wywołać miało transowe zapamiętanie. W przeciwieństwie do Elektry nie było mi jednak dane bez reszty zatopić się w tym świecie, zatracić się w nim sensualnie, a co za tym idzie wyzbyć się refleksji jako instrumentu krytycznej władzy sądzenia, dzięki czemu mogę podzielić się swoimi spostrzeżeniami.
Lesław Czapliński