Przegląd nowości

Schubert śpiewa w „Zapiskach śmiertelnika”

Opublikowano: środa, 11, luty 2026 18:04

Film zaczyna się pięknie wizualnie i akustycznie. Widzimy z lotu ptaka wspaniałą, elegancką i gładką, wręcz europejską nitkę jezdni ciągnącej się przez Półwysep Helski, i na niej sunące auto. Po obu stronach morze, a w uszach fortepianowy wstęp do uroczej Serenady (Ständchen) Franza Schuberta. Po chwili jakiś świetny baryton zaczyna: „Leise flehen meine Lieder, Durch die Nacht zu Dir...” Ale to przecież nie Dietrich Fischer-Dieskau – zastanawiamy się.

 

Zapiski smiertelnika 1

 

I jesteśmy w Polsce. O co chodzi? Dzieło Macieja Żaka jest dosyć oryginalne w porównaniu do „zwykłej produkcji” filmowej i porusza szereg zagadnień uniwersalnych, a zarazem typowo polskich. Po pierwsze kryzys wieku średniego u mężczyzn. Nie jest to kino gatunkowe, żaden dramat, ani horror. Najlepiej pasowałaby tu nazwa komedia, ale żeby się pośmiać trzeba użyć sporego wysiłku umysłowego. Najgorzej, że główny bohater Ireneusz Czop, jako F.P., tak został poprowadzony przez reżysera, że nie da się u niego zauważyć ani odrobiny humoru.


Ktoś porównał Zapiski śmiertelnika do Dnia świra, ale tu przydałby się taki aktor jak Marek Kondrat. Można nawet przyjąć, że Ireneusz Czop popsuł całą zabawę, bo jest taki przerażająco dramatyczny. Na szczęście ma wspaniałych partnerów, którzy grają postacie z tzw. drugim dnem, a więc zdefiniowane poważnie, lecz pokazujące, że w ich wnętrzu kryje się jakiś szał, uśmiech, błazenada czy choćby życiowa kakofonia. I po kolei, rewelacyjną rolę pojawiającego się z zaświatów ducha ojca F.P. gra Marian Dziędziel.

 

Zapiski smiertelnika 2

 

Duch nie duch, ale jest widoczny na ekranie, a niektórzy żyjący słyszą tylko jego głos, jak kamieniarz grany przez Andrzeja Kłaka. Tego aktora nawet FilmWeb nie wymienia, tak samo jak księdza, bo zajmuje się postaciami pierwszoplanowymi. Świetnym policjantem okazuje się Aspirant Paweł Tomaszewski, któremu obsada komisariatu z serialu Ojciec Mateusz, też siląca się na dowcipy, mogłaby tylko buty czyścić.

 

Zapiski smiertelnika 3

 

Żona F.P. Magdalena Popławska zwraca się nawet wprost do widza patrząc w ekran, jak w serialach dla publiki popularnej w typie Lombardu. Pani prokurator, czyli Magdalena Boczarska, będąca w sumie powodem samobójczych myśli głównego bohatera, też potrafiła pokazać dwoistość swej postaci. Zrozpaczonego rybaka bałtyckiego z poświęceniem kreuje Marcin Sztabiński, a pochwalić też trzeba wykładające na widok publiczny swoje wielkie rozkojarzenie dwie inne kobiety – recepcjonistkę Agatę Turkot i kasjerkę Magdalenę Pociechę.


O postaciach zupełnie wydawałoby się pobocznych, jak agenta ubezpieczeniowego czy pracownika prosektorium, w ogóle jakby zapomniano, a one też dołączyły do ironiczno-satyrycznego nastroju przebijającego z nieco ciągnącej się fabuły filmu. Bo w sumie jest to fresk ukazujący w krzywym zwierciadle naszą polską rzeczywistość, i tę pogrzebowo-cmentarną, i policyjno-prokuratorską, i ubezpieczeniowo-spadkową, i połowowo-rybacką, i hotelowo-nadmorsko-pensjonatową, tutaj ukazującą się pod kryptonimem „MEWA”. Bardzo dobre nadmorskie zdjęcia wykonał Jakub Stolecki.

 

Zapiski smiertelnika 4

 

I wreszcie muzyka. Tą, jak w porządnym filmie, nie należałoby się zajmować, bo powinna być niezauważalna. Tak ją też utkał Tomasz Gąssowski – muzyk, kompozytor, producent muzyczny i producent filmowy. Gdyby nie ten Schubert na początku i na końcu. Skąd taki pomysł? Czy nie było czegoś polskiego, urywka pieśni Chopina (np. Moja pieszczotka), Moniuszki (Dwie zorze), Karłowicza (Pamiętam ciche, jasne złote dnie)?

 

Zapiski smiertelnika 5

 

Musiał być język niemiecki, choć w filmie producentem, który zbił majątek na wodzie sodowej, jest Polak? Otóż w końcowych scenach filmu melodia Serenady Schuberta wchodzi delikatnie przetworzona przez Gąssowskiego do ścieżki dźwiękowej, choć pewnie tego nikt nie zauważył. Nagranie Serenady jest chyba bardzo stare, bo dowiadujemy się, że niemiecki baryton Rudolf Knoll, niemal rówieśnik Dietricha, zmarł już 20 lat temu. Jeśli płyta z Schubertem miała 50 lat, to pewnie nie obowiązywały prawa autorskie. A zresztą tej niemieckiej muzyki jest jak na lekarstwo, nie wiem czy cała minuta. Ale, jak mówi któryś z bohaterów filmu – widać klasę.

                                                                        Joanna Tumiłowicz