W tradycji muzyki prawosławnej występowała typowa tylko dla niej forma koncertu chóralnego. Uprawiali go osiemnastowieczni kompozytorzy ukraińscy: Dmytro Bortnianśky, Maksym Berezowśky czy Artem Wedel. Muzykę liturgiczną pisał Piotr Czajkowski, a w dwudziestym stuleciu tradycję tę kontynuował Siergiej Rachmaninow, choć w tym czasie był już osobą niepraktykującą.
Jego opus 37 stanowi nawiązanie do liturgii godzin, a poprzez nią do mistycznej praktyki całonocnego czuwania w celu ekstatycznego doświadczenia sacrum. Zmęczenie, powtarzanie tych samych, ograniczonych formuł tekstowych, prowadzić miało do osiągnięcia religijnego olśnienia. W islamie służy temu dhikr, polegający na spazmatycznym, na wpół śpiewnym powtarzaniu imion-przymiotów Boga.
Dyrygujący szefowi artystyczni instytucji muzycznych ze swoim zespołem chóralnym spotykają się zazwyczaj dopiero przy okazji koncertów oratoryjnych. Michał Klauza, wzorem swego poprzednika Alaksandra Chumały, z wykształcenia będącego jednocześnie dyrygentem orkiestrowym i chóralnym, postanowił osobiście posłużyć się tym instrumentem jaki pozostaje do dyspozycji w kierowanej przezeń Filharmonii Krakowskiej. Niezbędnym, by wydobyć całą złożoność i wszystkie subtelności partytury Rachmaninowa.
Z jednej strony kompozytor podąża zgodnie z zasadami określającymi charakter muzyki cerkiewnej, o wiele bardziej rygorystycznymi niż w przypadku zachodniej twórczości na potrzeby kościoła, a także wykorzystuje występujące w niej style historyczne: grecki i rodzime.

Z drugiej wprowadza własne rozwiązania harmoniczne i posługuje się wyszukaną techniką wielogłosową. Przeciwstawia archaiczną surowość niezmiennych rozwiązań kanonicznych bardziej swobodnemu kształtowaniu przebiegu poszczególnych piętnastu ogniw.

Interpretacja chóru Filharmonii Krakowskiej imponowała intonacyjną precyzją, a zarazem urzekała szeroką paletą barw wokalnych. Odznaczała się powściągnięciem zewnętrznej okazałości na rzecz wewnętrznego skupienia modlitewnego. Dwie pierwsze części rozpoczynały się surowymi solami bassa profondo w osobie Krzysztofa Wolnego, pozwalającymi słuchaczom poczuć się, jakby nie zasiedli w filharmonicznym audytorium, lecz znaleźli się na nabożeństwie w prawosławnej świątyni. Zmysłowym tembrem, mimo sakralnej natury tej muzyki, tchnęły ustępy w wykonaniu altu Magdaleny Pluty. W obydwu wypadkach można było żałować, iż Rachmaninow przeznaczył im zbyt mało materiału dla indywidualnego zaistnienia. Dobrze się stało, że utwór ten powrócił na koncertową estradę. A teraz z chęcią posłuchałoby się dla przeciwwagi czegoś z repertuaru zachodniej polifonii sakralnej: Pierluigiego Palestriny czy Orlanda di Lasso.
Lesław Czapliński