Grzegorz Fitelberg (1879-1953), dla przyjaciół Ficio, był znakomitym dyrygentem, ale także trochę niespełnionym kompozytorem. W programach koncertowych pojawiają się niekiedy jego opracowania różnych utworów Karola Szymanowskiego, którego był przyjacielem i aktywnym propagatorem. W ogóle zaistnienie kompozycji Grzegorza Fitelberga w naszym krajobrazie muzycznym jest w sporej mierze zasługą oficyny nagraniowej Acte Prealable, bowiem tutaj pojawiają się wykonania kompozycji tego dyrygenta zrealizowane na podstawie zrekonstruowanych rękopisów odnalezionych w różnych, często zagranicznych zbiorach i archiwach.
Tak też doszło do wydania płyty będącej oczywiście – world premiere recording – pod tytułem Grzegorz Fitelberg, Harmonie of Revival, czyli Harmonie Odrodzenia. Na okładce mamy barwny fragment obrazu Stanisława Ignacego Witkiewicza Kompozycja, który wyraża właściwie wielkie BUM, albo pomieszanie z poplątaniem. Jest to jednak ważne, ale i ciekawe wydarzenie kulturalne pokazujące jakby trzy etapy formowania się własnego stylu kompozytorskiego, do czego w końcu nigdy ostatecznie nie doszło. Fitelberg poznał dogłębnie warsztat kompozytorski, świetnie sobie radził z instrumentacją, stroną tematyczną i harmoniczną utworów, jednak z tych wszystkich dokonań nie wykluł się własny idiom twórczy, nawet jakiś drobny element choćby tylko melodyczny, po którym moglibyśmy rozpoznać autora. Słuchamy dobrej, może nawet doskonałej muzyki orkiestrowej, koncertowej, ale zdajemy sobie sprawę, że mógłby ją napisać ktoś świetnie przygotowany i bardzo uzdolniony, żyjący w okresie, gdy na estradach prezentowano utwory neoromantyczne i modernistyczne, gdy próbowano podważyć tonalność, gdy szukano pewnych nowych rozwiązań barwowych i rozszerzano środki harmoniczne.
Płytę otwiera kompozycja młodego Fitelberga, Koncert skrzypcowy d-moll z roku 1902, a więc pisanego jeszcze w obowiązującym wówczas neoromantycznym szablonie wirtuozowskim. Trzy części dzieła, a więc Allegro, Canzonetta i Finale, są dosyć przyjazne dla ucha, a tematy wprowadzane przez instrument solowy mają sporo słodyczy. Skrzypek Wojciech Niedziółka świetnie pokonuje wirtuozowskie figuracje, narracja ma odpowiednie tempo, orkiestra złożona z muzyków Akademii Muzycznej w Gdańsku ze sporymi uzupełnieniami, radzi sobie pod batutą Zygmunta Rycherta bardzo dobrze. Czy jednak ten utwór wyróżnia się zdecydowanie np. na tle Koncertu Mieczysława Karłowicza powstającego niemal w tym samym czasie? Nie próbujemy nawet porównań z I Koncertem skrzypcowym Karola Szymanowskiego datowanym na rok 1916, bo to już zupełnie inna historia.
Druga kompozycja na krążku to, zrekonstruowana na podstawie rękopisu dopiero w ubiegłym roku przez Józefa Domżała, II Symfonia A-dur Fitelberga. Słychać tu zdecydowaną zmianę podejścia do materii muzycznej, pojawiają się współbrzmienia bliskie Szymanowskiemu, bo to dzieło ukończone w 1914 roku. Są nawet jakieś charakterystyczne wtręty jakby z Salome Ryszarda Straussa, ale również próby nieśmiałego wyjścia z systemu dur-moll. Krajobraz dźwiękowy Symfonii buduje się powoli, tajemniczo, w sposób dźwiękowo wyrafinowany i nie ma wątpliwości, że jest to dobra, a nawet bardzo dobra muzyka. Tyle tylko, że nikt jej do tej pory nie wykonywał. Wreszcie trzeci utwór stojący jakby w połowie drogi pomiędzy Koncertem skrzypcowym i II Symfonią – Rapsodia Polska, powstała jeszcze u zarania I wojny światowej, a więc mająca być może kulturowo-patriotyczne znaczenie, bo wprowadzająca kilka typowo polskich motywów muzycznych wziętych z folkloru. Co ciekawe, jeden z pojawiających się tu tematów melodycznych wykorzystał już po ostatniej wojnie inny świetny dyrygent, ale i kompozytor, Jan Krenz. Nie jest to jednak żaden apel o wolną ojczyznę, jak w Symfonii Ignacego Paderewskiego, raczej nostalgiczny fresk przywołujący wspomnienie. Co ciekawe, utwór ten został wydany drukiem w Wiedniu, ale chyba nie trafiał do wykonań koncertowych i pozostał kompletnie nieznany. Na koniec należy pochwalić sam pomysł odtworzenia symfonicznej muzyki Grzegorza Fitelberga, bo są to pozycje wartościowe i z wielu względów ciekawe. Słowa podziękowania i gratulacje należą się też wykonawcom, w tym orkiestrze Sinfonia Gedania, w której grają nie tylko polscy studenci, ale jest sporo przybyłej w ramach programu wymiany Erasmus włoskiej i hiszpańskiej młodzieży muzycznej. Z tego zmontowano orkiestrę całkiem solidnych rozmiarów, która gra zgodnie z partyturą, równo i czysto. Ma dobre sekcje dęte – np. 6 waltorni, 4 oboje, 4 fagoty, ale i sporo smyczków, w tym 10 altówek, 10 wiolonczel. Gra tutaj także kilkoro muzyków dokooptowanych i całość jest ładnie wykonana, stylistycznie spójna, choć bez jakiejś nadmiernej emocji. Po prostu dobra robota.
Joanna Tumiłowicz