Po ponad dziesięciu latach od ostatniej inscenizacji Laca Adamika Cyganerii Giacoma Pucciniego w Operze Krakowskiej (25 września 2015), pozostającej nadal w repertuarze, postanowiłem przekonać się, jak przedstawienie to wytrzymuje próbę czasu?
Skądinąd jego akcja przypada właśnie na obecny okres kalendarzowy pomiędzy Bożym Narodzeniem a mającą dopiero nadejść wiosną. Spośród premierowych wykonawców dziewięciu postaci teraz powróciło pięcioro. Wtedy Marcelina Beucher, obecnie jakby od nowa mierzy się z rolą Mimi, skoro tym razem występuje jako Marcelina Román. Od tamtego czasu jej głos bardzo okrzepł, zyskując szeroki wolumen oraz gęsty tembr o dramatycznym zabarwieniu. Wyrównana emisja sprawia, że nie słychać śladu wibrata.
Muzyczną szlachetnością odznaczała się w jej ujęciu już aria Mi chiamano Mimi w pierwszym akcie, ale jej śpiew pełni przejmującego wyrazu sięgnął w trzecim obrazie, zarówno w dłuższym ustępie solowym D'onde lieta uscì, jak i w scenach z Marcello i Rudolfem. Piotr Buszewski od niedawna wszedł do obsady jako ten ostatni. Jest to już artysta światowego formatu.

Dwa lata temu zadebiutował na scenie nowojorskiej Metropolitan Opera rolą Kawalera de la Force w Dialogach karmelitanek Poulenca. Z początku jednak głos brzmiał niezbyt pewnie, zwłaszcza w podejściach do wysokiego rejestru. Niewolna od tego była jeszcze aria Che gelida manina. Być może wynikało to ze związanego z tym napięcia, albo potrzeby dłuższego rozśpiewania, ponieważ już w duecie z Mimi Soave fanciulla jego tenor odzyskał dźwięczność i szlachetną barwę.
Oboje dali potem pokaz nie tylko kultury muzycznej, przejawiającej się w bogactwie odcieni delikatnego piana, ale potrafili wywołać szczere wzruszenie dla losu nieszczęśliwych kochanków w duecie Addio dolce svegliare alla mattina! w trzecim obrazie, z dołączającymi się głosami Marcella, a następnie Musetty, których kłótnia stanowi komiczną przeciwwagę dla dramatu pierwszej pary.
Jako Musetta pojawiła się Aleksandra Orłowska. W moim odczuciu o nieco za ciężkim głosie dla tej partii, choć samemu walcowi Quando m'en vò nie sposób było odmówić potoczystości i udanego wkomponowania się w zbiorową scenę drugiego obrazu. Zarówno w nim, jak i w następnym, daje znać o sobie rodzajowość ówczesnych paryskich realiów: ulicznego zgiełku w wigilię Bożego Narodzenia oraz przekupniów o świcie ściągajacych do miasta przez rogatkę d'Enfer.

Wszak to opera werystyczna. Dekoracje Barbary Kędzierskiej odznaczają się urodą wizualną, choć we wspomnianych ogniwach nie pozostawiają zbyt wiele przestrzeni dla chóru. Zaznacza się ponadto operowa umowność, skoro doświadczeni artyści wcielają się w młodzieńców, a Sebastianowi Marszałowiczowi zbyt wcześnie przychodzi stworzyć wizerunek Alcindora, podstarzałego adoratora Musetty, a zatem z pomocą charakteryzacji uciekać się musi do środków charakterystycznego aktorstwa. Całość poprowadził ukraiński dyrygent Andrij Jurkewycz, który od strony muzycznej przygotuje najbliższą premierę Toski.
Lesław Czapliński