W ostatnią niedzielę stycznia, popołudniową porą salon muzyczny prof. Elżbiety Stefańskiej odwiedził „Kochany Saksończyk“, jak go nazywano we Włoszech. A więc drugi gigant muzycznego baroku. Jerzy Fryderyk Händel. Zaprezentowała się przed nim i gośćmi domu czwórka doborowych instrumentalistów specjalizujących się w stylowym wykonawstwie muzyki dawnej na instrumentach z epoki lub ich wiernych kopiach. Pełniące honory pań salonu: Elżbieta Stefańska i Mariko Shioya zagrały Suitę c-moll HWV 446.

Wirtuozowskim zacięciem odznaczały się Allemande i Courante, wyszukaną wariacyjnością Chaconne, a solowa Sarabanda urzekała dworną elegancją. Passacaglia g-moll HWV 432 pod palcami Mariko Shioyi zabrzmiała bardzo dynamicznie i przypomniała, że ta forma muzyczna u swych źródeł była tańcem. W Sonacie g-moll HWV 368 do artystki dołączyła grająca na barokowych skrzypcach Anna Hara-Pióro.

W kameralnej przestrzeni można było podziwiać walory brzmieniowe instrumentu, zarówno w ogniwach utrzymanych w żywych tempach, jak i tych o zdecydowanie refleksyjnej naturze. Ram dla tego muzycznego popołudnia dostarczyły: Sonata a-moll na flet z klawesynem HWV 362 oraz F-dur HWV 369, w których partię solową wykonał francuski flecista Jean-Pierre Menuge, przyjaciel tego domu, również związany wykładami z Krakowem. W bliższych nam czasach, gdy kompozytor nie był zadowolony z wykonania, to wysyłał do muzyków żonę, co było dla nich znaczące, że nie wszystko było dla autora satysfakcjonujące. Sądzę, że gdyby Haendel żył i nawet miał żonę, to tym razem byłby w pełni ukontentowany i osobiście podziękował artystom za sięgnięcie do jego muzyki kameralnej, niezasłużenie rzadziej rozbrzmiewającej niż opery i oratoria.
Lesław Czapliński