Bo w przedstawieniu gdańskiego Teatru Wybrzeże Ciemności kryją ziemię występują sami mężczyźni. A to dlatego, że nimi właśnie byli duchowni, członkowie trybunałów inkwizycyjnych i żołnierze podporządkowanych im sił zbrojnych, wśród których rozgrywa się akcja adaptacji powieści Jerzego Andrzejewskiego z 1957 roku.

A ogniskuje się ona wokół osoby i działalności Tomasa Torquemady, Wielkiego Inkwizytora Kastylii i Aragonii, ścigającego heretyków i przechrztów podejrzewanych o potajemne kultywowanie wiary ojców, a co za tym idzie doprowadzającego ostatecznie do wygnania Żydów z Półwyspu Iberyjskiego w roku odkrycia Nowego Świata.

Jak na ironię jego przodkowie wywodzili się właśnie z tego środowiska, a więc w prześladowaniach tej mniejszości dopatrzyć się można rozpowszechnionego mechanizmu psychicznego, polegającego na symbolicznym unicestwieniu w ten sposób własnych korzeni, wyparciu swego prawdziwego pochodzenia. A jej kulminację stanowić będzie przedśmiertna przemiana tego człowieka, który siał popłoch wszędzie tam, gdzie postawił swą stopę. Ale zanim to nastąpi, mamy do czynienia ze studium narastania terroru. A także moralnej korupcji, gdy przeciwnicy stają się następnie najbardziej zagorzałymi zwolennikami wcześniej potępianych metod.
Jest to przypadek mnicha Diega, który po nieudanym zamachu na Inkwizytora staje się oddanym mu narzędziem w szerzeniu przemocy, na początek wydając swego współbrata Matea. Torquemada, jak wielu ideowych fanatyków sięgających po terror, nie czerpał z tego osobistych korzyści, zwłaszcza majątkowych, pozostając całkowicie oddanym swojej idei.

Prowadził skromne życie, pozostawał nieprzekupnym, jak w późniejszym czasie Maximilien Robespierre, przywódca francuskich jakobinów, czy Josef Stalin, stojący na czele Związku Radzieckiego. Skojarzenie z tym ostatnim nie jest przypadkowe, gdyż powieść Andrzejewskiego powstała po jego śmierci, stanowiąc w historycznym przebraniu rozrachunek ze stworzonym przezeń systemem.
Pod koniec umierający Torquemada uświadamia sobie daremność wprowadzonego terroru, który pochłania coraz więcej ofiar, gdyż raz wprawiony w ruch nie daje się powstrzymać. Odczuwa wyrzuty sumienia, co znajduje wyraz w łaknieniu światła, które rozproszyłoby tytułowe ciemności, które za jego sprawą skryły ziemię. Prawdopodobnie Andrzejewski nawiązał w tym nie tyle do wersu z Dziadów Mickiewicza, ile do przedśmiertnego zawołania przypisywanego Goethemu.
A on podobno też żałował, że jako członek Tajnej Rady przyczynił się w 1783 roku do skazania na śmierć dzieciobójczyni Johanny Cathariny Höhn. O tyle jednak jest to nierealne, iż w totalitarnych teo- lub ideokracjach nikt nie jest wolny. Nawet ten stojący na szczycie hierarchii, nie może pozwolić sobie na odstępstwo od doktryny i wycofanie się z dotąd przyjętej linii postępowania, bo zmiażdżyłby go system, który wyniósł go na szczyty władzy.
Na coś takiego mogą się ważyć jedynie ekscentryczni dyktatorzy, którzy przejściowo przechwytują rządy i szybko przemijają. Taka wymowa zakończenia wynikała prawdopodobnie z kontekstu historycznego, kiedy po śmierci Stalina rysowała się na horyzoncie odwilż i związana z nią nadzieja na odnowę socjalizmu.
Tego rodzaju przesłanie niosła też sławna jej adaptacja w roku wydania w łódzkim Teatrze Nowym w reżyserii Kazimierza Dejmka, w której Torquemadę zagrał Seweryn Butrym. W omawianym spektaklu w roli tej wystąpił Mirosław Baka, który od czasu współpracy z Krzysztofem Kieślowskim bardzo pogłębił środki wyrazu, uwewnętrzniając je poprzez skupiony sposób bycia, polegający na oszczędnych gestach i mimice, operowaniu niskim tembrem głosu człowieka przekonanego o swych racjach.
Z kolei wewnętrzne rozchwianie Diega, któremu postaci użyczył Piotr Biedroń, wyraża się w pewnej nerwowości, w końcu to on krąży już po scenie, gdy dopiero schodzi się publiczność, przyśpieszonym sposobie podawania tekstu, podniesionym głosie. W ogóle pod względem barwy wypowiedzi układają się w swoistą paramuzyczną partyturę. Skoro wykorzystywane są mikroporty, podejrzewałem, że może w tym swój udział ma akustyk?
Niepokojącej aury dostarczają nisko ścielące się dymy oraz nieprzerwanie dobiegający uszu, przytłumiony muzak, a więc elektronicznie wygenerowana oprawa dźwiękowa Nikodema Dybińskiego. Aktorzy występują we współczesnych strojach (scen. Anna Oramus).
Jedynie w kostiumie Torquemady dopatrzyć się można dalekiej aluzji historycznej do charakterystycznej mundurowej kurtki zmarłego Generalissimusa. Reżyser Tomasz Fryzeł nie pozwala wykonawcom do reszty utożsamić się z postaciami, gdyż w ich wypowiedzi wplata elementy narracji. W końcu jesteśmy w teatrze, który zapewnia nam bezpieczną, z dystansu obserwację społeczeństwa poddanego ubezwłasnowolniającemu je terrorowi, którego realność od czasu do czasu przywołuje zalewające scenę krwistoczerwone oświetlenie (Klaudyna Schubert).
Lesław Czapliński