Skrócona i złagodzona wersja opery Giacomo Pucciniego o nazwie Butterfly w krainie cieni zagościła w Salach Redutowych Teatru Wielkiego Opery Narodowej. Przedstawienie dla starszych dzieci (10-15 lat) jest poetyckim opracowaniem klasycznej i bardzo już ogranej fabuły. Trzeba od razu przyznać, że trzy panie, które stworzyły tę wersję potrafiły tchnąć w nią sporo świeżości.
Reżyserka i choreografka Anna Hop we współpracy z dramaturżką Moniką Rokicką wprowadziły do przedstawienia elementy ruchowe i oryginalne wizualizacje poszerzone także o bardzo przekonującą, choć z pozoru skromną sferę akustyczną w postaci autentycznego instrumentu starojapońskiego koto, który stał się dodatkowym bohaterem spektaklu. Z jednej strony większość prezentowanej muzyki wykonywana jest przy akompaniamencie fortepianu (Marta Misztal?), choć niektóre fragmenty orkiestrowe z offu posłużyły się nagraniem, z drugiej strony japońska odmiana cytry, idealnie dostrojona do fortepianu dodaje orientalnego dźwiękowego kolorytu, a ma ona także swoją istotną solówkę niezwiązaną z Puccinim.
Gra na owym instrumencie i zaaranżowała partyturę Katarzyna Karpowicz, przy okazji japonistka i nauczycielka języka japońskiego. Młodocianego widza z pewnością przyciągną też takie elementy jak obecność narratora, który wyjaśnia koleje losu japońskiej gejszy i amerykańskiego oficera oraz sekwencje taneczne z udziałem kilku dobrze przygotowanych osób. One także poruszają się w sposób czerpiący ruchy z japońskiego baletu.

Jeśli do tego dodamy stylizowane na kimona kostiumy Japonek i tancerzy (Maciej Zień i Mateusz Karolczuk), rzucane na ściany całkiem sensowne wizualizacje i typowo japońskie ptaki oraz motyle wykonane z papieru, poczujemy się bliżej Kraju Kwitnącej Wiśni.

Choć w przedstawieniu wykorzystuje się oryginalne libretto włoskie, to jednak obecność narratora pomaga zrozumieć sens dialogów, a dodatkowo zastosowano tutaj też prosty, ale bardzo komunikatywny zabieg – podstawowa treść listu przysłanego po trzech latach z Ameryki do Cio-Cio-San staje się pretekstem do etiudy ruchowej z ujawnianiem poszczególnych słów. Wreszcie pochwalić trzeba bardzo subtelnie ukazany tragizm zakończenia opery, gdzie symbolicznie wyciągana z rękawa czerwona wstęga nie musi się kojarzyć z drastycznym odebraniem życia przez tytułową bohaterkę.
Nie jest to zatem typowe przedstawienie operowe, ale rodzaj wykorzystującej ruch, kostiumy i muzykę przypowieści z elementami egzotyki japońskiej, choć oczywiście śpiew i linie melodyczne stworzone przez Pucciniego stanowią tutaj solidny fundament całości. Główne role wykonują osoby szkolące swoje kompetencje operowe w Akademii Operowej.
Nie kandydują one jeszcze do wielkiej sceny TWON i „dorosłego” spektaklu Madama Butterfly, co słychać w pewnej niepewności podejmowanych wyzwań wokalnych. Jednak wszyscy wykonawcy są już na dobrej drodze do pełnego debiutu, tzn. mają opanowane wszystkie potrzebne dźwięki tych niełatwych, nierzadko popisowych partii wokalnych. To dotyczy zarówno Butterfly – Aliny Prochowskiej jak i Pinkertona – Adama Walaska.
W łatwiejszej sytuacji są śpiewający mniej wymagające partie Suzuki – Emilia Rabczak i Sharpless – Mateusz Kulczyński. Rolę narratora przyjął Hubert Paszkiewicz wywiązujący się z zadania dobrze. Wszystkich wykonawców, śpiewaków oraz kotoistkę (na biało) oraz tancerzy, narratora i pianistkę (na szaro) ubrano w odpowiednio wystylizowane kostiumy. Jest również pluszowa zabawka – misio, który musi zastąpić w sposób domyślny także obowiązkowego trzyletniego chłopca, niemego bohatera klasycznej Madamy Butterfly.
Joanna Tumiłowicz