Większość absolwentów „Kowalni”, czyli Pracowni Przestrzeni Audiowizualnej Grzegorza Kowalskiego w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, tworzy instalacje. Stąd tego rodzaju formę przybrało poświecone im widowisko Piramida zwierząt w krakowskim Teatrze Starym.

Nie tylko za sprawą tytułu ogniskuje się ono głównie wokół osoby i działalności Katarzyny Kozyry, która ostatnio na tej scenie przywoływana jest nie tylko jako postać, ale także bezpośrednio, będąc autorką spektaklu Rewizja procesu Jezusa. Mateusz Górniak (tekst) i Michał Borczuch (reżyseria) poświęcili jej dwie pierwsze sekwencje przedstawienia (długi monolog i nawiązanie do nowotworowej choroby oraz związanej z nią terapii). A i potem kilkakrotnie powraca i jest wspominana przez pozostałe osoby.
W tej pierwszej pomysłowo i wielopoziomowo została przez Dorotę Nawrot zaaranżowana przestrzeń sceniczna. Przejazd pociągu oddają liniowo zapalajace się i gasnące lampy górnej rampy, od prawej do lewej. Niżej umieszczono imitację pociągu, tak zwanej jednostki, w której znajduje się Katarzyna Kozyra, uosabiana przez Małgorzatę Zawadzką, oraz Jakub Katarzyński, operator kamery, która przekazuje obraz na znajdujący się poniżej ekran.

Tak że w monologu obcujemy z jej zapożyczonym wizerunkiem w zbliżeniu. Później kamera towarzyszy aktorom na scenie, transmitując zdarzenia rozgrywające się na niej lub ukryte za kulisami na ekran umieszczony ponad nią, jednakże w połowie spektaklu projekcje wideo (Robert Mleczko) niedwołalnie ustają.

W dalszych epizodach występują mniej lub bardziej rozpoznawalni: Joanna Rajkowska (Iwona Budner) od Palmy na placu de Gaulle'a, Zbigniew Libera (Krzysztof Zawadzki) znany z modelu Auschwitz wykonanego z klocków lego, Artur Żmijewski (Bogdan Brzyski) z berkiem z udziałem nagich postaci w imitacji komory gazowej, wreszcie Jacek Markiewicz wsławiony pracą dyplomową, w której obnażony autor przytula się do figury Chrystusa na krucyfiksie.
A więc twórcy mniej lub bardziej skandalizujących instalacji, które swego czasu wzbudzały kontrowersje i protesty. Same obiekty nie są jednak bezpośrednio ukazywane, a jedynie opisywane werbalnie. Przedstawienie oddać ma atmosferę tamtych lat.
Stąd zadbano o fizjonomiczne podobieństwo aktorów do swych rzeczywistych i w większości żyjących aktorów do swych żyjących pierwowzorów. Dotyczy to zwłaszcza Romana Gancarczyka wcielającego się w „sprawcę” tego całego „zamieszania”, a więc profesora Kowalskiego, zmarłego przed kilkoma miesiącami. W tym kontekście zabrakło natomiast sporów o granice wolności w sztuce i ich przekraczanie.

Dziś poza tym nie do przyjęcia byłoby uśmiercanie zwierząt na potrzeby artystycznej manifestacji, a większy sprzeciw wywołałyby prawdopodobnie odniesienia do Zagłady niż sfery religijnej, traktowane wtedy jako szarganie świętości. Duże wrażenie wywiera finałowy numer choreograficzny (Paweł Sakowicz), którego frenetycznie ekstatyczny charakter budzi dalekie skojarzenia z zakończeniem filmu Tadeusza Konwickiego Salto. Tyle że mógł zostać dołączony do każdego innego spektaklu pozostającego w repertuarze Starego Teatru...
Lesław Czapliński