Jeleni było dziewięć, ale odzywał się ludzkim głosem tylko jeden, do tego po węgiersku. Co prawda w oryginalnej baśni miał się wypowiadać po rumuńsku, ale Bela Bartok sam przetłumaczył całą historię i tak powstała Cantata profana z 1930 roku. Muzykolodzy zastanawiają się nad ideą utworu, łączą nawet datę kompozycji z sytuacją na Węgrzech, gdy rządził tam Miklós Horthy, który zbudował prawicowy autorytaryzm i wybrał sojusz z III Rzeszą. Pewnie nie podobał się Bartokowi, człowiekowi o liberalnych przekonaniach, potem emigrującemu do Ameryki. Wydaje się jednak, że ten dosyć buntowniczy opis rozmowy syna w skórze jelenia z ojcem nie odnosi się do kraju współpracującego z Niemcami, ale jest pochodną etnograficznych i folklorystycznych zainteresowań autora kantaty na chór, orkiestrę i dwa męskie głosy solowe.

Sprowadzono specjalnie dwóch śpiewaków z Węgier, którzy bez problemu poradzili sobie z dykcją, gorzej było z emisją głosów, ale to pewnie wina strasznych trudności wokalnych narzuconych tenorowi i barytonowi przez Bartoka. Chór natomiast i orkiestra filharmoniczna radziły sobie całkiem dobrze. Odezwali się też dwaj soliści z warszawskiego chóru i wcale nie byli gorsi od Węgrów. W sumie warto było posłuchać Bartoka Kantaty świeckiej czyli o tematyce niereligijnej, bo po pierwsze pokazywała ona jak wspaniale współczesne motywy przeplatają się w dosyć zawiły, ale jednak polifoniczny sposób, po drugie kompozytor zapewne wzorował się na innej niereligijnej kantacie świeckiej – Kantacie o kawie Jana Sebastiana Bacha. Różnica jest taka, że bachowska jest wesoła i lekka, a bartokowska, nosząca tytuł alternatywny: Dziewięć zaczarowanych jeleni (węg. A kilenc csodaszarvas) dramatyczna, mroczna i pesymistyczna. Dzieło przekazuje tzw. mądrość ludową o trudnych stosunkach rodziców z dorosłymi dziećmi.
Ostatnie akordy chóru są tu dziwnie zbieżne z zakończeniem pieśni kurpiowskiej Karola Szymanowskiego A chtóz tam puka gdzie córka idąca do ślubu szuka matki, ale nie ma się już komu wypłakać ani poradzić, bo matka nie żyje. Aby nieco rozproszyć ponury nastrój orkiestra pod batutą chilijsko-włoskiego dyrygenta Paolo Bortolameolli'ego zagrała na wstępie beztroską i energiczną Uwerturę do Kopciuszka Gioachino Rossiniego, dzieło poprowadzone z teatralnymi zatrzymaniami (niestety w tym fragmencie pionowe akordy wychodziły jakby z arpeggio) i następnie rozpędzaniem się by doprowadzić do finału (wykonanego znacznie bardziej precyzyjnie). Po przerwie, zgodnie z tradycyjnym schematem koncertowym, były dwa solidne dzieła symfoniczne, poematy Ottorina Respighiego o rzymskich fontannach i rzymskich piniach.

Trzeba było jeszcze poszerzyć i tak już pokaźny skład orkiestry, bo włoski kompozytor w Petersburgu pobierał nauki u mistrza symfonicznej instrumentacji Rimskiego-Korsakowa. Pewne reminiscencje mistrzowskiego stylu dało się wysłyszeć w pierwszej z fontann przypominającej falowanie morza w Szeherezadzie, suicie symfonicznej wspomnianego już Nikołaja Rimskiego-Korsakowa. Można też było tu zaobserwować efekty doświadczeń z akustyką sali Filharmonii Narodowej, gdzie poszczególne grupy instrumentów są co jakiś czas przesadzane w inne miejsce, aby lepiej brzmieć. Tym razem można było stwierdzić, że potężne organy, których przesadzić się nie da, były prawie niesłyszalne, zaś niekiedy na pierwszy plan wybijała się niewielka kubaturowo celesta. Świetnie też słychać było klarnet, flet, obój. W poemacie Pinie rzymskie usłyszeliśmy natomiast autentyczny głos słowika emitowany z nagrania. To podobno był pierwszy, absolutnie pionierski przykład wykorzystania zapisu dźwięków z natury wprowadzonych do koncertu symfonicznego. Podobno Włosi podczas prapremiery poematu nie popadli w zachwyt. Warszawiacy co innego, niektórzy nawet wstawali na koniec koncertu.
Joanna Tumiłowicz