Po ukończeniu Hochschule für Musik Hannsa-Eislera w Berlinie, David Hermann zdobył pierwszą nagrodę podczas konkursu reżyserii i scenografii w Grazu. W roku 2018 został wyróżniony podczas International Opera Awards za inscenizację trylogii austriackiego kompozytora Ernsta Kṝeneka, pokazaną we Frankfurcie.

Jego reżyserskie zainteresowania obejmują bardzo szeroki repertuar, sięgający od baroku aż do czasów współczesnych, a przygotowywane przezeń w wielu europejskich teatrach operowych przedstawienia cieszą się dużym uznaniem krytyków i publiczności.
Trudno się zatem dziwić, że wystawiana teraz w Operze w Montpellier jego wizja Falstaffa wzbudziła wyjątkowo duże zainteresowanie. Tym większe, że miała się tutaj już pojawić pięć lat temu, co zostało udaremnione przez epidemię koronawirusa. W międzyczasie zaprezentowano ją już z niebywałym sukcesem w Norymberdze, podczas aż dwudziestu dziewięciu przedstawień. Odnotujmy w tym miejscu, że mediolańska prepremiera (w 1893 roku) słynnego arcydzieła, mająca miejsce w obecności towarzysko-artystycznej elity, zakończyła się wielkim triumfem. Dość wspomnieć, że finałowa owacja trwała pół godziny, po czym dalsze świętowanie przeniosło się do mediolańskiego Grand Hotelu.
To tam stojący na jego balkonie Verdi i librecista Boito pozdrawiali zgromadzonych u ich stóp wielbicieli. Po tym wydarzeniu rzeczona pozycja wyruszyła na podbój najważniejszych włoskich i światowych scen. Dzisiaj pojawia się w repertuarze nieco rzadziej niż inne tytuły „lwa z Busseto”, pewnie z powodu najwyższych standardów wokalno-aktorskich stawianych solistom. Co jednak istotne, Falstaff wymaga nie tylko idealnej obsady, ale także niezwykłej precyzji ze strony dyrygenta i reżysera.

Jeśli chodzi o tego ostatniego, to w przypadku prezentowanej właśnie w Montpellier inscenizacji (odtworzonej przez Jean-Philippe’a Guilois) widz może odczuwać pewien dyskomfort. Przyczyną budzących się w nim wątpliwości jest bowiem przede wszystkim fakt dosyć luźnego traktowania przez Hermanna treści libretta i nie zawsze czytelne prowadzenie narracji scenicznej.
Co gorsze, brakuje tutaj tak charakterystycznej dla omawianego dzieła atmosfery gorzkiej ironii i głęboko ludzkiego wymiaru, ustępujących miejsca dość powierzchownej komedii. Tym samym gubią się w tej realizacji intencje samego kompozytora, który identyfikował się ze swoim bohaterem, starym, ale wciąż pełnym wigoru i radości życia. W zamian za to francusko-niemiecki reżyser kładzie przede wszystkim nacisk na uwydatnienie różnic pomiędzy klasami społecznymi, do których mieliby rzekomo należeć poszczególni bohaterowie.
Taki punkt widzenia jest obrazowany za pomocą przekształcanej z imponującą maestrią techniczną oprawy scenograficznej Jo Schramma, która wszakże w najmniejszym nawet stopniu nie odwołuje się do szekspirowskiego klimatu komedii „Wesołe kumoszki z Windsoru”. Oto bowiem oberża Pod Podwiązką, w której króluje Sir John Falstaff, zamienia się w bar Kebab King, z dominującą w nim lodówką, wypełnioną puszkami z prawdopodobnie wyskokowymi napojami.
Nad owym barem wznosi się sprytnie skonstruowany z ruchomych elementów obskurny blok mieszkalny, z widniejącymi na każdym piętrze antenami parabolicznymi. O lokatorach tego budynku wymownie świadczy widok wyrzucanych przez nich przez okna worków ze śmieciami lub ustawiony pod ścianą pojemnik, do którego kolejni osobnicy wymiotują po przedawkowaniu alkoholowych trunków. Całość odpycha świadomie eksponowaną brzydotą i zafałszowuje szlachetny przecież status społeczny tytułowego bohatera.
Natomiast ów status przypisany jest zamożnemu Fordowi, którego eleganckie apartamenty, z bogato zaopatrzoną biblioteką, ukazują się po obróceniu konstrukcji scenograficznej o 180 stopni. Z boku dostrzegamy też przynależne majętnym obywatelom markowy samochód i basen, do którego w pewnym momencie zostaje wrzucony Falstaff i w którym później pojawi się Królowa Wróżek.
Warto jeszcze wspomnieć o rzucanej na fronton przywołanego bloku mieszkalnego projekcji skaczącej małpy, prawdopodobnie ośmieszającej iluzoryczną męskość pretensjonalnego bohatera. Na tle owego dość szpetnego obrazu niekiedy nieśmiało wyróżniają się współczesne, a niekiedy fantazyjne, stroje autorstwa Carli Caminati, z egzotyczno-cudacznym przebraniem Falstaffa w akcie trzecim na czele.
Uwagę przyciąga też pomysłowo prowadzona - szczególnie w finale - przez François Thoureta reżyseria świateł. Niezależnie od tych kontrowersyjnych pomysłów scenicznych, trzeba wyrazić uznanie dla precyzji, z jaką David Hermann ustawia przemyślaną w najmniejszym szczególe i atrakcyjną grę aktorską każdego z protagonistów oraz sceny zbiorowe. Pełnej satysfakcji dostarcza prezentująca wysoki poziom obsada solistów.

Pozbawionym przez reżysera szlachetnego pochodzenia i...wydatnego brzucha Falstaffem jest zaskakujący młodzieńczą sylwetką przystojniak w osobie włoskiego barytona Bruno Taddi. Nadaje on swojej postaci indywidualny rys zadufanego w sobie szefa grupy dziwacznych nieudaczników. Taddia wykorzystuje w tym celu nieprzeciętny talent do bezbłędnego podawania tekstu oraz doskonale brzmiący we wszystkich rejestrach, ekspresyjny i ładnie nasycony głos. Zamożnego pana Forda przekonująco ucieleśnia Andrew Manea, ukazując tego bohatera jako zazdrosnego i nieustannie manifestującego wyższość nad kobietami egocentryka.
W roli jego żony Mrs Alice Ford Angélique Boudeville urzeka urodą soczystego sopranu, a ciekawy rewers jej głosu stanowi mezzosopran Kamelii Kader, celnie kreślącej postać Mrs Quickly. Spiskującą z nimi przeciwko ostatecznie wystrychniętemu na dudka Falstaffowi Mrs Meg Page jest zdradzająca doskonałe panowanie nad wokalnym aktorstwem Marie Lenormand.

Ponadto za ozdobę omawianego przedstawienia trzeba uznać występ doskonale się rozumiejących i ze sobą współpracujących sopranistki Julii Muzychenko i tenora Kevina Amiela. Wcielając się w zakochanych w sobie Nannettę i Fentona tworzą oni ujmujący świeżością młodości i pięknym frazowaniem duet. Obsadę uzupełniają dwaj kamraci Falstaffa, czyli Bardolf i Pistol, zabawnie portretowani przez Loïca Félixa i Davida Shipleya, a jako czcigodny, wszak złośliwy, doktor Kajus korzystnie prezentuje się Yoann Le Lan.

Najceniejszym atutem wystawianej w Montpellier realizacji jest jednak błyskotliwa interpretacja Michaela Schønwaldta, płynna i zachwycająco witalistyczna, lekka i przejrzysta, barwna i przestrzenna. Duński dyrygent uskrzydla orkiestrę, a swoją dogłębną znajomością partytury i udzielającym się publiczności entuzjazmem czyni z opisanego wydarzenia niezapomniane przeżycie artystyczne.
Leszek Bernat