W sylwestrowy wieczór, jak Polska długa i szeroka, na scenach operowych i w salach koncertowych rozbrzmiewa Zemsta nietoperza Johanna II Straussa, a także walce tej wiedeńskiej rodziny muzycznej. Dochodzi do tego jeszcze bożonarodzeniowy balet Czajkowskiego Dziadek do orzechów. To w lepszym razie. W gorszym, schlebiając niższym gustom, pojawiają się karnawałowe składanki pod hasłem Nocy w Rio de Yorku lub New Janeiro z musicalowymi songami i latynoskimi rytmami. Czymś całkowicie naturalnym jest, że Zemstę nietoperza grywa się w sylwestrowy wieczór na deskach samej Wiener Staatsoper jak chociażby dzisiaj z Jonasem Kaufmannem i Dianą Damrau.

Przecież rozgrywa się ona nad pięknym, modrym Dunajem. Pojawiają się w niej odwołania do miejscowej topografii, między innymi Prateru, gdzie zdarzył się wypadek, który stał się punktem wyjścia dla całej intrygi. Tym razem było to dość przyciężkie, operowe właśnie wykonanie pod dyrekcją Marcusa Poschnera. Również pod względem inscenizacji zmarłego na początku ubiegłego roku Ottona Schenka. Jonas Kaufmann najlepiej odnalazł się dopiero w melancholijnym walcu w finale drugiego aktu i w ansablu w następnym. Najbardziej mogli się natomiast podobać odtwórcy partii drugoplanowych: Ilia Staple jako Adela, z dobrze rozwiniętą techniką koloraturową, choć w słynnej arii śmiech przeplatający się z wokalizami był trochę przerysowany, oraz Jörg Schneider w roli tenora, jakżeby inaczej Alfreda. Stąd nie wytrzymuje porównania ze spektaklem oglądanym przeze mnie na tej samej scenie przed laty, tyle że przygotowanym przez Volksoper. Z Alfredem w ujęciu Ryszarda Karczykowskiego. I to nie tylko kwestia pamięci idealizującej wspomnienia. W Polsce jednak posiadamy operę komiczną wręcz stworzoną na tę okazję, a mianowicie Straszny dwór Stanisława Moniuszki, którego lwia część akcji przypada właśnie na sylwestrowe popołudnie i wieczór (drugi akt), przechodnią noc (trzeci) i noworoczny poranek (czwarty). Gdyby Czesi lub Węgrzy posiadali taką pozycję repertuarową, to żaden Sylwester lub Nowy Rok by się bez niej nie obywał. I na dodatek zapewne przeprowadzano by jeszcze transmisje na cały świat, jak to się dzieje z Moją ojczyzną Fryderyka Smetany od 79 lat, niezmiennie otwierającą majową Praską wiosnę. Najwyższy czas, by w polskich teatrach operowych ustaliła się tradycja żegnania starego i witania nowego roku przy dźwiękach Strasznego dworu. Przy tej okazji nie miałbym nic przeciwko przesuwaniu Mazura na finał, zresztą na ten wypadek twórcy przygotowali wersję z chórem i dodatkowym tekstem. I w ten sposób przedstawienie mogłoby lekkim krokiem przechodzić w bal w operze.
Lesław Czapliński