Belgijski reżyser Tom Goossens, autor nowej inscenizacji Don Giovanniego w Opera Ballet Vlaanderen, czyli Operze Flandrii, dał się już poznać tutejszej publiczności dwa lata temu za sprawą udanej realizacji Wesela Figara. Była to jego pierwsza przygoda z teatrem lirycznym. Mierząc się teraz z kolejnym arcydziełem Mozarta starał się na nowo pochylić nad skomplikowaną osobowością bohatera, którego wielu reżyserów traktuje z pewnym pobłażaniem, a niekiedy nawet współczuciem.

Przedstawiają go bowiem jako uwodziciela, często idealizowanego libertyna, manipulującego kobietami - i nie tylko - oszusta, ale praktycznie nigdy jako gwałciciela i zabójcę. Otóż przybliżająca w celnej analizie - zamieszczonej w programie prezentowanego obecnie w Gandawie przedstawienia - psychologiczny profil słynnego protagonisty Kristi Brown-Montesan powołuje się między innymi na zawarte w libretcie repliki samego Leporello.

Ten zaś nazywa swego pana łotrem, a - po uzyskaniu obietnicy, iż uniknie kary za swobodne wypowiedzenie się - także łajdakiem. I tak oto już od samego początku opery Don Giovanni zyskuje wizerunek mężczyzny bezwzględnego i zdolnego do przemocy seksualnej. Przypomnjmy, iż rzeczona pozycja należy do gatunku dramma giocoso, jednak większość jej scenicznych realizacji kładzie mocniejszy nacisk na ten drugi aspekt jej charakteru. Na szczęście interpretacyjna propozycja Goossensa zmierza w kierunku przeciwnym.
A jeśli nawet pojawiają się w niej elementy humorystyczne, to paradoksalnie wpisują się one w dość mroczną wizję całego obrazu osadzonego w minimalistycznej oprawie scenograficznej, autorstwa Sammy’ego Van den Heuvela. Ogranicza się ona do umieszczonego w głębi pudła scenicznego długiego podestu oraz wznoszącej się w centrum i sięgającej aż do samej góry drabiny.

Ta ostatnia symbolizuje świat zmarłych oraz wertykalną relację pomiędzy niebem, osiągalnym dla jednostek sprawiedliwych, i pochłaniającym grzeszników - bynajmniej nie w chrześcijańskim, lecz w ogólnym sensie - piekłem. Nie trudno się domyślić, że to właśnie piekielne czeluści pochłoną głównego bohatera, co zostanie tutaj widzom pokazane w nazbyt dosłowny i trącący naiwnością sposób.

Niewątpliwe mocniejsze wrażenie wywiera powtarzający się często widok wspinającego się po tej drabinie lub na moment schodzącego do świata żywych Komandora, dającemu Don Giovanniemu szansę - niestety przezeń odrzuconą - na odkupienie swych win. Dość szybko ujawnia się też rola przypisana wspomnianemu pomostowi, po którym w scenach zbiorowych przemieszczają się w tę i z powrotem ucieleśniający społeczeństwo chórzyści. Już na wstępie, podczas uwertury, zarówno oni, jak i soliści kłaniają się w obcisłych i niemalże przeroczystych strojach (Sophie Klenk-Wulff) na proscenium, tak jakby spektakl dobiegł już końca.
Intencją reżysera wydaje się być sugerowanie publiczności, iż ma ona tutaj do czynienia z niestety wciąż powtarzającą się historią, rozgrywającą się w skostniałej zbiorowosci, niezdolnej do ewoluowania w stronę lepszej przyszłości. Tym samym nawet dla nieznającego libretta widza staje się oczywistym, że rozgrywające się przed nim perypetie zmierzają do tragicznego dla tytułowego protagonisty finału.

Intrygującym pomysłem Goossensa jest wprowadzenie na scenę żywych i wyraźnie skutecznie wytresowanych kur, które wielokrotnie przemierzają karnie całą przestrzeń, drepcząc po liście podbojów miłosnych Don Giovanniego podczas słynnej arii Leporello („Madamina, il catalogo è questo”). O ich losie dowiadujemy się w momentach, kiedy czyniący przygotowania do biesiady służący niosą owe upieczone już kury na tacach. Trudno nie dostrzec w tych epizodach symbolicznego ilustrowania sposobu, w jaki męscy drapieżnicy seksualni postrzegają swoje ofiary, traktowane przez nich przedmiotowo wyłącznie jako obiekty do zaspokajania popędów.

Warto zresztą podkreślić, że takie pozornie komiczne symbolizowanie „konsumpcyjnego” traktowania kobiet w niczym im nie uwłacza, stanowiąc raczej swoisty akt oskarżenia wobec niektórych przedstawicieli brzydkiej płci. Odziany w utrzymany w ciemnych barwach strój Wolfgang Stefan Schwaiger w roli Don Giovanniego nie dysponuje wyjątkowo mocnym głosem, ale potrafi wydobywać zeń masę celnie charakteryzujących tę postać niuansów.
Równie zniuansowana jest jego unikająca wszelkich spektakularnych przerysowań, a zarazem niezwykle zaangażowana gra aktorska. Niezawodnym partnerem austriackiego barytona jest Michael Mofidian, w naturalnym stylu ucieleśniający służącego Leporello. Partię Donny Anny śpiewa mocnym i z łatwością atakującym górne dźwięki sopranem Marie Lys, a jako jej ukochany Don Ottavio występuje bezbłędnie się w tej roli odnajdujący belgijski tenor Reinoud Van Mechelen, bardzo przez tutejszą publiczność lubiany i ceniony. Wyrazistą pod względem wokalnym i scenicznym postać Donny Elviry buduje włoska sopranistka Ariana Venditelli.

Zaś świetnie ze sobą współpracującym duetem okazują się być obsadzona w roli Zerliny Niemka Katharina Ruckgaber i amerykański bas-baryton Justin Hopkins. Wreszcie imponujące wrażenie wywiera gęsto nasycony i ciemny bas Edwina Kaye’a, idealnie pasujący do roli Komandora.

Na czele doskonale brzmiącego Chóru i Orkiestry Symfonicznej Flandrii stoi specjalizujący się w repertuarze barokowym Francesco Corti, tym razem realizujący również partie fortepianowe. Pod jego batutą interpretacja partytury Mozarta urzeka precyzją i witalnością oraz swobodą agogiczną i przejrzystością faktury. Cieszy więc fakt, że omawiana produkcja zostanie jeszcze wielokrotnie pokazana w styczniu - z drugą obsadą - belgijskiej publiczności. Będzie ona jednak zmuszona zasiąść na widowni gmachu operowego w Antwerpii, gdyż druga placówka Opery Flandrii, jaką jest siedziba w Gandawie, ulega zamknięciu na parę lat z powodu generalnego remontu.
Leszek Bernat