Choć ten Anioł wcale nie jest czarny, lecz jasny i całkowicie nieopierzony. Katarzyna Chlebna, grająca Ewę Demarczyk, występuje w cielistym trykocie, z uszminkowaną twarzą oraz w ściśle przylegającej do czaszki siatce przykrywającej włosy (charakteryzacja: Artur Świetny). Trochę jakby była z gliny, jeszcze nie w pełni ukształtowana, dopiero do ulepienia przez Demiurga ubranego właśnie na czarno. W związku z czym przypomina się mitologiczna Galatea i jej twórca Pigmalion.
Z czasem wszakże Demiurg okazuje się głosem jej wewnętrznej samokontroli. Stymulującym do pracy nad sobą poprzez nieustanne powtarzanie „Stać cię na więcej“, ale i stopniowo prowadzącym do postępującego paraliżu. Daleko posunięty samokrytycyzm i poczucie artystycznej odpowiedzialności, narzucanie sobie nieosiągalnych wzorców, mogą z czasem udaremnić dalsze występy, powtarzając syndrom Marii Callas. Na tym polegał też dramat Ewy Demarczyk. A także, iż nie potrafiła wyjść poza krąg utworów, które przyniosły jej rozgłos, i związaną z nimi stylistykę. Poetyckiej pieśni aktorskiej.
Nie zapominajmy iż była absolwentką szkoły teatralnej w tej właśnie specjalności. Dzięki czemu, zgodnie z tekstem wiersza Osipa Mandelsztama, niczym skrzypek Hercowicz umiała z nich zrobić no brylant, no istny cud. Raz na zawsze zamknęła się w tym repertuarze i stworzonym wizerunku estradowym niczym później w podkrakowskim odosobnieniu. Podążając w ślad za Gretą Garbo, która wycofała się u szczytu swej kariery.

Kruchość wodoru. Ewa Demarczyk to kolejny portret estradowego artysty na scenie krakowskiego Teatru Nowego. Tym razem rozpisany na niego samego i jego cień, któremu postaci użyczył Piotr Sieklucki. Akcja rozgrywa się pomiędzy estradką z rampą z żarówek a rodzajem ginekogicznego fotela (scen. Łukasz Błażejewski) mającego przywoływać zadawane sobie samoudręczenie? Katarzyna Chlebna, zarazem reżyserka przedstawienia, tworzy zatem postać nieszczęśliwej kobiety, niezdolnej zadowolić przede wszystkim samej siebie.
Mimo osiągniętych wyżyn artyzmu. Aktorka wskrzesza w swoim wykonaniu najsłynniejsze pieśni z repertuaru Ewy Demarczyk z niemniejszą dozą ekspresji niż jej historyczny pierwowzór, posiadając chyba nawet szerszy wolumen głosu, zwłaszcza w niskim rejestrze? Szkoda jednak, że na przykład w finale, chociaż na krótki rozbłysk świateł, nie zmaterializował się przed naszymi oczyma obraz Artystki, jaki zapamiętaliśmy z jej najlepszych lat? Za sprawą którego właśnie zyskała miano Czarnego Anioła.
Lesław Czapliński