Wystąpili na zakończenie rumuńsko-czeskiego sezonu kulturalnego. Tak można by wnosić po układzie programu złożonego z utworów George'a Enescu i... Antonína Dvořáka. Skoro był to jednak polsko-rumuński sezon, to prosiłoby się o umieszczenie w jego programie również polskich pozycji repertuarowych, które korespondowałyby z muzyką tego pierwszego (mógłby to być na przykład Szymanowski), bądź odwołanie się do kompozycji twórcy łączącego obydwa narody i ich kultury muzyczne, a więc Cipriana Porumbesu czyli... Cypriana Gołęmbiowskiego z Bukowiny.
Zwłaszcza, że koncert poprzedziła czterdziestominutowa celebra, która dotyczyła właśnie współpracy obydwu krajów przy organizacji tego trwającego ponad rok wspólnego przedsięwzięcia artystycznego, a która mogła sprawiać wrażenie jakby ożyła Elżbieta Penderecka i jej duch unosił się nad estradą, przypominając bizantyjskie inauguracje festiwali pod jej auspicjami, trwające niekiedy dłużej niż sam koncert.
Wymieniano się archaicznie brzmiącymi ekscelencjami, jakby nie należało tego wszystkiego dawno zostawić za sobą, nie tyle nawet w XX wieku, ile już XIX, zważywszy że obydwa kraje były kiedyś socjalistycznymi. Najmniej uwagi poświęcono natomiast tym najważniejszym, bez których życie muzyczne nie miałoby sensu. A więc publiczności. W świecie takie uroczystości mają na ogół zamknięty charakter, zresztą tak było w przypadku niedawno obchodzonego jubileuszu 80-lecia PWM. Koncert otworzyła I Rapsodia rumuńska A-dur op. 11 George'a Enescu. Jest to właściwie potpourri czyli wiązanka motywów folklorystycznych, w tym charakterystycznej „ciocârlii” czyli skowronka, in crudo, a więc cytowanych właściwie w nieprzetworzonej postaci, zapowiadając o trzy lata późniejszą Hora staccato Grigoraşa Dinicu, która zdobyła o wiele większy rozgłos w świecie. W mojej pamięci odżyło natomiast wspomnienie wykonania tejże rapsodii z o wiele większym wyczuciem, a zarazem zacięciem w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych przez Orkiestrę Polskiego Radia i Telewizji w Krakowie pod dyrekcją Krzysztofa Missony, co jeszcze raz unaocznia jaką stratą była beztroska decyzja o likwidacji tego zespołu w wolnej Polsce.

Wydaje się ona bardziej odpowiednia na bis, na który tym razem wybrano nie mniej efektowną klezmerską melodię taneczną, finałowy fragment z Rapsodii na tematy mołdawskie op. 47 Mieczysława Weinberga, utrzymanej w podobnej stylistyce, choć napisanej o całe półwiecze później. Osobiście wolę II Rapsodię rumuńską D-dur, choć opus 11 Enescu niewiele ma wspólnego z właściwym mu stylem kompozytorskim, o czym można się było wkrótce przekonać na przykładzie Symfonii koncertującej h-moll op. 8, pochodzącej mniej więcej z tego samego okresu. To muzyka wręcz ascetyczna, pozbawiona zewnętrznej okazałości, gdyż nie był on melodystą i kolorystą, lecz przywiązywał szczególną wagę do czynnika konstrukcyjnego rządzącego rozwojem materiału tematycznego. Dotyczy to wymagającej partii solowej, prawie nieprzerwanie rozpościerającej się ponad surowo ukształtowaną harmoniką towarzyszącej orkiestry. O tyle niewdzięcznej, że nie stwarzającej instrumentaliście okazji do popisu posiadaną techniką. Przeważają wolne tempa, wymagające zdolności do znacznej koncentracji zarówno od muzyków, jak i słuchaczy. Jaemin Han, dziewiętnastoletni wiolonczelista koreański potrafił zapanować nad odpowiednim przeprowadzeniem rozwoju formy, a przy tym ujmował szlachetnym brzmieniem swego instrumentu. Chętnie usłyszałbym go w utworze w szerszym zakresie ukazującym jego kunszt, na przykład w utrzymanym w tej samej tonacji II Koncercie przywołanego już Dvořáka. Wszystkie podnoszone na początku zastrzeżenia i wątpliwości repertuarowej natury poniekąd uczyniła bezprzedmiotowymi interpretacja przez rumuńskich gości jego „Szóstej“ D-dur op. 60, która w całości wypełniła drugą część po przerwie.
Dopiero wtedy mozna się było przekonać o mocnych stronach orkiestry Filharmonii im. George'a Enescu w Bukareszcie, założonej w 1868 roku, a tego dnia prowadzonej przez Gabriela Bebeşele'ę. Szczególnie godne podziwu było głębokie brzmienie kwintetu smyczkowego oraz intonacyjna niezawodność blachy, dostarczających pewnej podstawy dla figuracyjnych ustępów drzewa.

Zarazem giętkość zróżnicowanej artykulacji pozwalała operować bogactwem odcieni barwowych i kształtować kontrasty dynamiczne służące budowaniu trzymającej w napięciu dramaturgii tego znacznych rozmiarów dzieła. Drażniące, ostro tnące rytmy furianta w Scherzu znajdowały ukojenie w kantylenowych solach fletu (Joudy Blanco) i oboju (Oleg Balanuta) w jego triu, a wcześniej pojawiających się pod koniec pieśniowej natury Adagia. Skrajne ogniwa odznaczały się znaczną dozą południowego temperamentu, ujętego wszakże w karby zespołowej dyscypliny. Nie dziwi zatem, ìż nie obeszło się bez bisu w postaci brawurowo zagranej muzyki wspomnianego Weinberga.
Lesław Czapliński