Doszło do moich uszu, że w Krakowie grają moje Sceny z życia małżeńskiego. Z uwagi że przemieszczanie się w przestrzeni nie nastręcza mi obecnie większych trudności, nikogo nie absorbując swoją osobą i pozostając dla innych niewidocznym, znalazłem się w Teatrze Kameralnym, będącym drugą sceną Starego Teatru. Nie uważam Scen z życia małżeńskiego za szczególnie udany spośród moich filmów. W tym przypadku bowiem górę we mnie wziął pisarz, a rzecz w znacznej mierze opiera się na dialogach. A co za tym idzie i aktorach. Może dlatego tak chętnie po mój scenariusz sięgają teatry. W Krakowie poniekąd rozwiązali tę sprzeczność w przemyślny sposób.

Połączyli bowiem w jedno spektakl teatralny z filmem. Na ekranie po środku sceny na żywo transmitowane są sytuacje mające właśnie miejsce pomiędzy postaciami. Początkowo wprowadza to pewną dystrakcję, bo nie wiadomo na czym należy bardziej skupić uwagę. Na oglądanych aktorach czy na ich ekranowych sobowtórach widzianych w zbliżeniach. W drugim przypadku przeszkadzają ponadto jakieś przewody umieszczone wzdłuż ich policzków. Ja za życia rozdzielałem te dwie formy swojej aktywności, oddając od jesieni do wiosny to co sceniczne teatrowi, a latem co filmowe kinu.
Od czego są wszakże zdolności adaptacyjne. Po jakimś czasie wszytko to się opatruje i człowiek się z tym oswaja. Zwłaszcza że mamy do czynienia i z innymi atrakcjami. Postacie multiplikują się nie tylko na ekranie, ale i w lustrach ograniczających scenę z trzech stron. Gra lustrzanych odbić jakby je rozszczepia. Na dodatek reżyserka pani Katarzyna Minkowska wespół z dramaturżką panią Małgorzatą Maciejewską wprowadzają do obiegu scenicznego parę bohaterów w trzech zmianach pokoleniowych, ale przy tym współistniejących ze sobą, gdyż dokonuje się konfrontacja różnych planów czasowych. Najwyraźniej mój chronologiczny sposób snucia opowieści przegrał z Alainem Resnais'em i jego dramaturgią mozaikową.

Akcję dodatkowo dynamizuje obrotowa scena, na której pojawi się również samochód, ale jej jednostajny ruch tworzy zarazem nieco odrealniony klimat, wspomagany przez dobiegającą zza kulis i towarzyszącą dialogom dyskretną oprawę muzyczną Wojciecha Frycza. Choć, jak przystało na zimnego Szweda, raczej nie jestem skłonny do wzruszeń, to z tej inscenizacji mojego w końcu scenariusza wychodziłem w stanie pełnego urzeczenia.

I bynajmniej nie odczuwało się upływu trzech godzin odpowiadających mniej więcej trwaniu mego filmu. Ale to nie dziwi, gdy ma się do czynienia z takimi aktorami. Ci z Narodowego Teatru Starego w niczym nie ustępują moim dawnym Królewskim ze Sztokholmu. Zwłaszcza Anna Radwan i Juliusz Chrząstowski. A jaką metamorfozę przechodzą pomiędzy wywiadem udzielanym na początku z okazji dziesięciolecia swego pożycia a rubinowymi godami wyznaczającymi kulminację spektaklu, kiedy dochodzi jeszcze czynnik choreograficzny, a gra świateł (Monika Stolarska) sprawia, że scena w rytmicznych odstępach skąpana jest w krwistej purpurze i całość nabiera znamion zbiorowego paroksyzmu.
Co prawda nakręciłem trzydzieści lat później Sarabandę, kontynuację Scen...z udziałem tej samej pary aktorów, to gdybym miał to uczynić ponownie, zastanawiałbym się nad którąś z tych par uosabiających Marianne i Johana. Obok już wymienionych, odwołujących się do bardziej tradycyjnych, ale sprawdzonych środków obecności w roli jak umiejętność koncentracji uwagi widza poprzez wyraz twarzy czy znaczący gest, są to Magdalena Grąziowska i Szymon Czacki oraz Łukasz Szczepanowski i Natalia Kaja Chmielewska, wprowadzający więcej dystansu do postaci.

Ostatnia z wymienionych ma okazję do zaprezentowania swojej wszechstronności przechodząc z roli do roli: przeprowadzającej wywiad, jednego z wcieleń Marianne, wreszcie studentki i młodej kochanki Johana. Krakowskie twórczynie ponadto o wiele bardziej wyeksponowały wątek skonfliktowanego ze sobą małżeństwa artystów Kateriny i Petera (Ewa Kaim i Michał Majnicz), za sprawą których pojawia się motyw teatru w teatrze w ramach próby sceny z Nory Ibsena.
Ich poprzednicy skądinąd pojawili się wcześniej w epizodzie w Tam, gdzie rosną poziomki, a potem poświęciłem im osobny film Z życia marionetek. Rzadko kiedy autor wychodzi usatysfakcjonowany z urzeczywistnienia jego pomysłu przez osoby z innego kraju i należące do odmiennej generacji. Tym razem stało się to moim udziałem. PS. Trudno było odmówić i nie ustąpić miejsca Ingmarowi Bergmanowi, któremu w przeszłości poświęcałem swoje publikacje. Ja ze swej strony mogę tylko przyświadczyć temu wszystkiemu, co zostało przezeń powiedziane, i dodać od siebie, że to pierwsze od dawna przedstawienie Starego Teatru, które obejrzało się z zainteresowaniem i prawdziwym ukontentowaniem.
Lesław Czapliński