Tak jest z książką Bartosza Żurawieckiego Primadonna, z podtytułem „Biografia Bogusława Kaczyńskiego“. Tytuł oddaje charakterystyczną cechę osobowości tej popularnej niegdyś postaci telewizyjnej. Na dodatek związany jest z dziedziną której się tamten poświęcił, a mianowicie sztuką operową. Ponadto odnosi się do podziwianej przezeń Marii Callas.
Nie rozumiem jednak intencji autora książki, mającej na celu wyłącznie kompromitację jej bohatera? Nie krytycznej i odbrązowiającej, lecz napisanej jakby z osobistej niechęci? Bartosz Żurawiecki dokonuje bowiem ekshumacji nieco już zapomnianej persony i na jej szczątkach przeprowadza wiwisekcję z niepojętą napastliwością.
Trzeba wszak przyznać, że forma paszkwilu nieobca była i samemu Kaczyńskiemu, żeby przywołać jego Kretowisko. A więc poniekąd obróciło się to przeciwko niemu. Ze stronic Primadonny wyłania się obraz megalomana, o którego mitomańskich skłonnościach świadczyć mają co rusz poddawane w wątpliwość, a rozpowiadane przezeń opowieści o znajomości z wybitnymi artystami, między innymi z przywołaną na wstępie Marią Callas.

Za zabawne uznać można przytoczenie niegdysiejszej notatki z ostatniej strony Gazety Wyborczej, nieproporcjonalnie do jej rozmiarów i wagi zawartości podpisanej aż przez dwóch autorów: Dariusza Czaję i Jacka Ślusarczyka (str. 211/212, Gazeta Wyborcza z 31 października 1990). To prawda, krytycznej wzmianki nie powinno się publikować anonimowo, ale nie ma pewności, czy faktycznie oni istnieli, czy też były to pseudonimy, gdyż ani wcześniej, ani później z takimi publicystami się nie zetknąłem?
Co prawda z tej notatki Żurawiecki nie przytacza najbardziej kompromitującej dla teoretyka muzyki pomyłki dotyczącej nazwy pewnego instrumentu, ale przecież nawet wobec przestępców po upływie określonego czasu stosuje się zatarcie. Poza tym, czyżby wielokrotne używanie zdrobnienia imienia wobec (anty)bohatera nieprzychylnej mu publikacji miało na celu jego dodatkowe pognębienie? Książka ta poniekąd przypadkiem trafiła do moich rąk.

Czekając w bibliotece zahaczyłem o nią wzrokiem i w konsekwencji sięgnąłem po jej egzemplarz, by przekonać się, co pisze się o tej osobie w osiem lat po śmierci. Nie byłem szczególnie zainteresowany, ponieważ nigdy nie ceniłem Kaczyńskiego, ani nie darzyłem go szczególną sympatią. Uważałem go za uosobienie pretensjonalności i złego smaku (Żurawiecki upatruje w tym wpływów kampu) oraz prowincjonalizmu (nieprzezwyciężony kompleks Białej Podlaskiej), o czym świadczyło wymaganie przezeń wieczorowych strojów od uczestników przedpołudniowego koktajlu przed występem Luciana Pavarottiego. Stroje wizytowe to jednak nie to samo co wieczorowe...
Nie był on też osobowością na miarę swych poprzedników, na przykład Lucjana Kydryńskiego, łączącego swadę i elegancję z kompetencją. Powielał wiele zadawnionych błędów, nie sprawdzając faktów u źródeł. Aliści mój krytycyzm nie był bezwzględny. Bogusława Kaczyńskiego poznałem bezpośrednio podczas śniadań w okresie festiwalu w Łańcucie w 2013 roku, kiedy powrócił tam, by w ramach wieczoru autorskiego promować swoją książkę.
Nie byłem na tym wydarzeniu z opisanych powyżej względów, ale przygnębiające wrażenie wywierał schorowany człowiek, któremu organizatorzy zaoferowali pokój na drugim piętrze Hotelu Zamkowego. Czyżby w celach rehabilitacyjnych? A przecież na pierwszym znajdowały się apartamenty. Poza tym w antykamerze przed salą balową, w której odbywały się koncerty, jego asystent rozkładał i sprzedawał różne operowe gadżety, co kazało podejrzewać istnienie finansowych trudności.

Nieprawdopodobnie złośliwe ataki przypuszczał na Kaczyńskiego cytowany w Primadonnie Jerzy Waldorff, skądinąd posługujący się z kolei afektowanym głosem i mową. O Carmen w kierowanym przez Kaczyńskiego Teatrze Roma pisał: Wstępny marsz toreadorów zagrany przez orkiestrę o połowę mniejszą od potrzebnej zabrzmiał mi w smutnych uszach jak powitanie na imieninach cioci Fici przez amatorski zespół muzyczny złożony z serdecznych krewniaków.
Szare dekoracje robiły wrażenie posklejanych kawałków papy uzbieranych na dworcu towarowym. W stłamszonej przestrzeni sali i sceny głos solistów przypominał miauczenie kotów, ale ja bardzo lubię koty (str. 295 – Przed konfesjonałem narodu, Polityka z 23 grudnia 1995). Zarówno ten ostatni, a także autor i bohater książki należeli do tej samej mniejszości. Czyżby zatem były to jakieś środowiskowe porachunki?
Lesław Czapliński