Richard Strauss był prawdopodobnie ostatnim kompozytorem w XX wieku, który kierował się jeszcze kategorią piękna. Świadczy o tym partytura Arabelli (transmisja z nowojorskiej Metropolitan Opera, obejrzana 22 listopada w krakowskim kinie Kijów należącym do sieci Apollo-Film), w której ważną rolę odgrywa naturalna śpiewność oparta na długich, szeroko płynących frazach, a tła dostarcza im nieprzytłaczająca, barwna partia orkiestrowa.
Opera ta była próbą zdyskontowania po 22 latach sukcesu Kawalera srebrnej róży poprzez powrót do wiedeńskiej tematyki, tyle że przesuniętej z doby Rokoka na panowanie Franciszka Józefa. Obydwa dzieła miały swoje prapremiery w Dreźnie.
Libretto Hugona von Hofmannsthala nawiązuje do operetkowego zarysu akcji, kiedy pod koniec drugiego aktu w wyniku intryg i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności dochodzi do pozornej katastrofy, a w następnym wszystkie nieporozumienia ulegają wyjaśnieniu i następuje szczęśliwe zakończenie. Na scenie Metropolitan po raz pierwszy Arabella pojawiła się po angielsku w 1955 roku, a obecna jej inscenizacja zmarłego na początku tego roku Ottona Schenka w oryginalnej wersji niemieckojęzycznej weszła do repertuaru 42 lata temu.
Gdyby powstała współcześnie, to by wykorzystano być może genderowo sytuacyjną dwuznaczność związaną z ukrywaniem się siostry tytułowej bohaterki pod męskim przebraniem Zdenka i porucznik Matteo, nieszczęśliwie zakochany w Arabelli, rzeczywiście pod osłoną nocy uwiódłby jej brata?...

Alessandro Baricco odnośnie Alfreda z Verdiowskiej Traviaty ironizował, że nie jest on postacią, lecz tenorem. Pod tym stwierdzeniem prawdopodobnie w pełno mógłby się podpisać sam Strauss, który nie cenił śpiewaków o tym rodzaju głosu i obsadzał ich właśnie jako tenorów (włoski w Kawalerze srebrnej róży), postacie negatywne (Herod w Salome, Egistos w Elektrze), lub kabotyńskie jak to jest w przypadku przywołanego Mattea, który w obliczu odrzucenia chce sobie palnąć w łeb lub wyjechać do Galicji, co z perspektywy Wiednia na jedno wychodzi...
W omawianym przedstawieniu wcielił się w niego słowacki artysta Pavol Breslik, obdarzony akurat korzystnymi warunkami wokalnymi i zewnętrznymi. Tenorem śpiewa też Elemer, jeden z trzech pozostałych zalotników Arabelli. Jej samej głosu i postaci użyczyła Rachel Willis-Sørensen, która nie tylko z racji fabuły okazała się główną bohaterką obsady. Jej śpiew odznacza się bowiem niezwykłą kulturą i muzykalnością, na które składają się idealnie wyrównana emisja, subtelna artykulacja oraz filowanie, czyli cieniowanie dynamiki.
Wszystkie te przymioty w pełni zamanifestowały się w monologu Meine Elemer z pierwszego aktu, z solo altówkowym w wykonaniu Milana Milisavljevicia. Godnego siebie partnera znalazła w osobie Tomasza Koniecznego. O ile nie do końca przekonały mnie do siebie jego interpretacje wagnerowskie, z których słynie, o tyle partia Mandryki zdaje się idealnie odpowiadać jego warunkom głosowym, ukazując wszelkie walory barwowe basso cantante, którym dysponuje ten artysta.

Wyjątkowo szlachetnie zabrzmiał w ich ujęciu duet z początku drugiego aktu So fliesst der helle stille Donau, choć kompozytor w takich wypadkach wolał łączyć bliższe sobie barwowo głosy kobiece jak to jest w scenie pomiędzy Arabellą i Zdenką (Louise Alder) w pierwszym akcie Er! das ist er! er! mein Fremder!.
Dobre wrażenie wywarli hrabiostwo Waldner, charakterystyczna para rodziców Arabelli, a zwłaszcza Brindley Sherratt, o szlachetnych rysach i basie odznaczającym się znaczną urodą, a przy tym giętkością jak przystało na komiczną figurę utracjusza. Pozostali arystokraci przypominali natomiast karykaturalne ujęcia tego rodzaju person w niegdysiejszych radzieckich inscenizacjach operetkowych. Do pewnego stopnia „sfurmanieniu“ uległa również akcja od drugiego aktu rozgrywającego się na dorocznym balu fiakrów.
Fiakier to wszakże dorożkarz, a nie furman (sic!). Zresztą w związku z Kawalerem srebrnej róży Strauss przestrzegał Hugona von Hofmannsthala, librecistę obydwu oper, że nie ma to być farsa berlińska. Zdecydowanie zawiodła Julie Roset w epizodycznej, ale ważnej partii Fiakermilli z ozdobnymi koloraturami, które w jej wykonaniu raziły uszy przenikliwym i nieustabilizowanym dźwiękiem. Był to jedyny słaby punkt obsady.

Nad całością czuwała batuta australijskiego dyrygenta Nicholasa Cartera, który z orkiestrą miał okazję skupić na sobie całkowitą uwagę w intermezzu poprzedzającym trzeci akt. W Polsce Arabella raz tylko pojawiła się na scenie Opery Śląskiej 18 stycznia 1969 roku w przekładzie na nasz język dokonanym przez Wilhelma Szewczyka, znanego pisarza związanego z tamtejszym regionem.
Lesław Czapliński