Ponieważ, gdy po raz pierwszy pojawia się we własnej osobie przed Sentą, po tym jak chwilę wcześniej spadło ze ściany jego malarskie wyobrażenie, oboje są wyodrębnieni z mroku za pomocą punktowych reflektorów. Nadaje to ich spotkaniu odrealniony charakter. Być może przywidzenia egzaltowanej, romantycznej bohaterki, żyjącej pragnieniem wypełnienia zbawczej misji wobec potępionej postaci z krążących legend.

Później jednak pomysł ten nie znajduje kontynuacji, a szkoda. Tak już jest ze współczesnymi inscenizatorami oper, iż zdają się cierpieć na amnezję, a ich prace sceniczne stanowią rodzaj montażu oderwanych od siebie reżyserskich atrakcji. Wagnerowski Holender tułacz w ujęciu Herberta Adlera jest dość tradycyjny, ale nie do końca zachowawczy. Kostiumy nie odnoszą się do określonej epoki historycznej, ale nie są współczesnymi. Dekoracje Dietmara Solta tworzą między innymi żelazne schody, choć w drugim akcie pojawia się domowe wnętrze, a w trzecim zarysy budynków po bokach sceny. Na ekranie w głębi wyświetlane są projekcje wzburzonego morza, rozdzierających niebo błyskawic. Na początku w pewnym momencie wyłania się konstrukcja statku-widma.
W finale niknie on z boku i zastąpiony zostaje efektownymi animacjami, ukazującymi jego barwne metamorfozy. Holender tułacz po raz drugi zawija do portu pod nazwą Teatr Wielki w Łodzi. Za pierwszym razem w 1994 roku. Autorem tamtego wystawienia był Waldemar Zawodziński, a od strony muzycznej przygotował je ówczesny dyrektor Antoni Wicherek, zasłużony w popularyzacji dorobku Wagnera w Polsce.
W roli Senty wystąpiła jego żona Hanna Lisowska, wykonująca główne partie w dziełach tego kompozytora na scenie nowojorskiej Metropolitan Opera. Za drugim razem 2015 roku, ze wznowieniem której to premiery mamy obecnie do czynienia. Muzycznie odpowiada za nie obecny dyrektor artystyczny Rafał Janiak, prowadzący dzieło z dużym nerwem scenicznym, wydobywając przede wszystkim dynamizm tej partytury oraz, na ile pozwalała na to dyspozycja poszczególnych sekcji instrumentów, brzmieniową kolorystykę.

Dzięki temu po raz pierwszy zwróciłem uwagę na efekty flażoletowe w grupie skrzypiec. W Łodzi wykonywana jest pierwotna, drezdeńska wersja z antraktami. Później kompozytor opracował orkiestrowe przejścia pomiędzy aktami, łącząc je w nieprzerwane kontinuum muzyczne i w takiej formie Holender tułacz wystawiany jest w Bayreuth, jako pierwszy z dopuszczanych tam wczesnych utworów scenicznych tego autora.
Gatunkowo jest to jeszcze opera, choć ponad wyodrębnionymi numerami solowymi dominuje akcja oparta na melodycznym recytatywie. Znaczną rolę odgrywają także chóry, przy czym w trzecim akcie może współwystępować z nimi czynnik choreograficzny. Pojawieniu się w drugim akcie Holedra w domu Dalanda towarzyszy cytat z Purytanów Belliniego, jedynego Włocha, którego Wagner cenił i dyrygował jego operami podczas swojej ryskiej dyrekcji teatralnej.

I właśnie powrót stamtąd do Niemiec po wodach wzburzonego Bałtyku miał mu nasunąć pomysł oparcia kolejnej muzyki scenicznej na opowieści Heinricha Heinego o potępionym holenderskim żeglarzu.
Z kolei udręczeniu Senty pragnieniem jego wybawienia odpowiada następstwo tnących akordów, które powróci w podobnej sytuacji w związku z Zyglindą w Walkirii, a apoteoza jej samobójczej ofiary, przynoszącej wyzwolenie tytułowego bohatera spod ciążącej nad nim klątwy, stanowiaca kodę dzieła, zapowiada oparte na innym temacie postludium wieńczące Pierścień Nibelunga. Za ważne dla polskiej recepcji twórczości Wagnera uznać należy ambitne przedsięwzięcie oparcia obsady wyłącznie na rodzimych siłach wokalnych (przy okazji wrocławskiego Pierścienia udało się ją skompletować wyłącznie na potrzeby Złota Renu). W pierwszym akcie pod względem jakości i nośności głosu na pierwszy plan wysunął się Krzysztof Szumański, odtwórca tytułowego Holendra.
W drugim jednak okazało się, że tego dnia przedstawienie należeć będzie do Dominika Sutowicza jako Eryka (na premierze zaśpiewał jeszcze mniejszą partię Sternika). To autentyczny jugendliche helden tenor jakiego wymagają partie wagnerowskie. Mocny głos o wyrównanym tembrze, rozbrzmiewający bez najmniejszych oznak wysiłku, swobodnie kształtujący płynne frazy, a przy tym, w zależności od sytuacji, potrafiący w celach wyrazowych stosować lżejszą artykulację i dynamiczne pianissimo.

Trzeba też odnotować, iż tym razem kostiumolog za pomocą odpowiedniego kroju i doboru barw zręcznie ukształtował sylwetkę artysty. Agnieszka Hauzer, użyczająca głosu i postaci Sencie, dysponuje wartościowym sopranem dramatycznym o szlachetnym brzmieniu, jedynie w górze skali przybierającym ostre zabarwienie, nad czym warto by jeszcze popracować.
Bas Krzysztofa Borysiewicza nie do końca swym wolumenem odpowiada partii Dalanda, choć tzreba przyznać, iż niskie dźwięki mogły budzić uznanie dla swej głębi, a przy tym pełnej słyszalności. Olga Maroszek wystąpiła już na premierze w roli doglądającej prządek Mary. Ich chór niewątpliwie zainspirował Moniuszkę do napisania Spod igiełek domek rośnie i wprowadzenia postaci Starej Kobiety w Strasznym dworze. Żałować należy, iż łódzki spektakl Holendra tułacza tak rzadko wraca na afisz, zaledwie po raz dziewiąty od premiery sprzed ponad dekady.
Lesław Czapliński