Od jakiegoś czasu istnieje możliwość obejrzenia transmisji przedstawień z Teatru Wielkiego w Łodzi bez wychodzenia z domu. Odbywają się one na jego kanale na Youtube. Zazwyczaj są to premiery drugich obsad – na przykład dotyczyć to będzie Dziadka do orzechów 6 grudnia.
W niedzielę 9 listopada można było jednak obejrzeć drugi spektakl wznowienia Moniuszkowskiej Halki, inscenizacji z roku 2017 (warto wspomnieć, że to właśnie dzieło 19 stycznia 1967 roku zainaugurowało działalność Opery Łódzkiej w nowej siedzibie przy placu Dąbrowskiego). Szóste w historii tej instytucji, a piąte na tej scenie wystawienie w reżyserii Jarosława Kiliana składa się z dwóch części, krakowskiej i góralskiej, łączących po dwa akty każda, i pod względem kostiumów Weroniki Karwowskiej utrzymane jest w panującej tradycji wykonawczej (kontuszowe stroje arystokracji, choć część z niej z Januszem nosi się z francuska wraz z perukami, choć na ślub przybierze on biały ubiór stylizowany na narodowy, oraz podhalańskie ludu).
Na dekoracje w pierwszej części składa się pałacowe ogrodzenie z bramą i na początku duetu Halka i Janusz oddzieleni są prętami na podobieństwo dzielących ich różnic stanowych. W drugiej stanowią je dość abstrakcyjne formy z drewna i dopiero pod koniec pojawi się wyobrażenie kościoła. Uzupełnieniem są ekspresyjne, choć czysto ornamentalne projekcje na horyzoncie w tle.

Swą przejmującą kawatynę O mój maleńki tytułowa bohaterka wykonuje na opustoszałej scenie, przez wszystkich opuszczona i pozostawiona samej sobie. Z głębi wyłaniają się natomiast alegoryczne figury: Śmierci prowadzącej dziecko, o którym jest mowa w arii, wreszcie Zjawa przychodząca po Halkę i znikająca z nią w mroku, w którym pogrąża się scena. Milknie też muzyka.

I dopiero po długiej pauzie, niczym aneks rozbrzmiewa zgodne z partyturą zakończenie opery. Wznowienie po dwóch latach przygotował i poprowadził spektakl Przemysław Fiugajski, do tej pory znany mi z wykonawstwa muzyki współczesnej. Ilona Krzywicka, związana z Operą Paryską, w pełni sprawdziła się w tytułowej roli, dysponując sopranem typu lirico spinto, dzięki czemu czyni wiarygodnymi różne aspekty osobowości postaci, dochodzace do głosu w poszczególnych numerach solowych.
Można mieć jedynie zarzut do projektantki kostiumu w pierwszej części, że sylwetka śpiewaczki nabrała cech monumentalnych, podczas gdy w rozmowie podczas antraktu okazała się całkiem smukłą osobą.
W tej chwili Dominik Sutowicz to jedyny dziś w Polsce tenor bohaterski z prawdziwego zdarzenia, a partia Jontka utrzymana jest w niskiej tessyturze, zwłaszcza że pierwotnie, w wersji wileńskiej przeznaczona była na baryton. Melodramatyczny czworokąt z powodzeniem dopełniali wokalnie i scenicznie Arkadiusz Anyszka jako Janusz i Maria Olender użyczająca Zofii głosu i postaci.
Wszystko odbywa się legis arte i ogranicza się z tego powodu do jednorazowych udostępnień, które nie są możliwe do powtórzenia. Spełnia przy tym funkcję popularyzatorską (spektakl poprzedziło krótkie wprowadzenie, a w przerwie miały miejsce spotkania z dyrygentem i solistką), docierając do większej ilości publiczności niż jest w stanie pomieścić realna widownia w łódzkim teatrze. Istnieje też prawdopodobieństwo, iż ktoś po raz pierwszy stykający się w ten sposób ze sztuką operową, zechce przekonać się, jak to jest bezpośrednio z nią obcować, na co wskazywałby brak odnotowania spadku w sprzedaży biletów na przedstawienia, z których odbywają się transmisje.
Lesław Czapliński