Szachy były spektaklem ujętym w ramy czytania performatywnego w wykonaniu artystów Sceny Nowej Dramaturgii Teatru im. Wandy Siemaszkowej. Tekst napisał łodzianin Marcin Bałczewski i stworzył w nim rekonstrukcję losów reportera, który szuka dobrego tematu. Jest zbyt młody by pamiętać rok 1968 w Polsce i feralny marzec (autor to rocznik 1981), ale pociąga go jakoby historia własnego ojca, którego słabo pamięta.

Idzie więc tropem egzotycznej przyjaźni z jakimś Kubańczykiem, który nauczył ojca grać w szachy. Szachownica staje się więc nie tylko pretekstem do odkrywania dziejów rodzinnych, ale zarazem symbolem przeskakiwania z pola białego na czarne, z mrocznych spraw do jasnych. Reporter dociera do różnych świadków tamtych wydarzeń, a młodzi aktorzy kierowani przez młodą reżyserkę Żenię Dawidenkę, wcielają się w rozmaite role „z tamtych lat”. Ktoś miał np. żydowskie pochodzenie i po 1968 musiał opuścić swój kraj, ktoś się wtedy buntował i chciał ratować kolegów, ktoś inny donosił i szkodził, choć robił to jakoby dla dobra innych, ktoś nie mógł ścierpieć erotycznych odchyleń od normy w rodzinie.
To wszystko poruszone jest w krótkim, godzinnym spektaklu, którego puentę ma stanowić odszukanie mitycznego Kubańczyka. Brakuje w spektaklu klamry tłumaczącej, iż w tamtych czasach, w końcówce epoki Władysława Gomułki, nie tylko w Polsce władze były mało liberalne. O wiele gorzej żyło się w innych demo-ludach. Choćby na Kubie było szereg ograniczeń, obejmujących np. studentów, których wysyłano do Polski. Nie zdradzając finału spektaklu Szachy warto przytoczyć powikłane losy znanego u nas muzyka, perkusisty Jose Torresa, miotanego reżimowymi wiatrami z zachodu na wschód i z powrotem.

Artysta ten w 1984 roku został deportowany na Kubę z powodu podjęcia pracy zarobkowej podczas studiów, czego zakazywał kubański regulamin studencki. Z uwagi na narodziny syna mógł wrócić do Polski, ale i tak błąkał się jakiś czas po świecie. Autorzy spektaklu znaleźli inne rozwiązanie dla postaci „szachisty”. Czy lepsze? Bardziej dramatyczne, trochę na fali naszych współczesnych zmór. Bo wszystko, o czym dziś myślimy i co dziś omawiamy przyrównujemy do „tu i teraz”.
Joanna Tumiłowicz