W tej operze osią dramaturgii jest zalecenie nadętego bogacza, aby artyści streszczali się i skomasowali dwa przygotowane występy do jednego spektaklu. A jakie to w sumie będzie, to już nie jego interes. Oczywiście twórcy zaproszeni przez oligarchę stają przed dylematem, czy odmówić udziału w ręcznym sterowaniu ich dziełami, czy pogodzić się z wolą kulturowego bandyty i przyjąć obiecane honorarium. Decydują się na to drugie.

I wtedy oglądamy patchwork komedii z tragedią, ale zarazem coś, co bardziej przypomina realia życiowe, niż wydumane monotematyczne „bajdurzenia” artystyczne. To oczywisty paradoks i powód do śmiechu, ale ponieważ chodzi o operę Ryszarda Straussa Ariadna na Naxos – okazja do artystycznej eskapady różnych pomysłów i wizji reżyserskich, scenograficznych, tanecznych i oczywiście muzycznych, jest jak na dłoni, choć tę ostatnią zwykle zostawia się w spokoju.
Wykonawstwo muzyki operowej Straussa jest wystarczająco trudne, że nie warto tutaj niczego dodawać ani upiększać. Tak też uczyniono w Operze Krakowskiej, gdzie kierownictwem muzycznym zajął się José Maria Florêncio. Jego podejście do dzieła Ryszarda Straussa trzeba uznać za bardzo świadome i pogłębione.

Dyrygent panujący nad każdym taktem partytury zwrócił uwagę (także słownie), że twórczość tego kompozytora, zresztą nie tylko w Ariadnie, stanowi kwintesencję kilku wieków muzyki europejskiej, bo są tu zarówno doświadczenia Bacha, Mozarta, romantyków, Wagnera i jeszcze na wczesnych kompozycjach Arnolda Schoenberga skończywszy.

Muzyka w tej akurat operze mieni się pomysłami, zarówno konwencjonalnymi, jak choćby brane z Czarodziejskiego fletu tercety trzech dam czy trzech chłopców, jak też wielkie monologi z Pierścienia Nibelunga. Tutaj, jeśli coś się nie udało to tylko z winy śpiewaków. A powodów do tego było aż nadto, bo w utworze Straussa prócz zwykłych sopranów, tenorów, mezzosopranów, powinny się pojawić głosy silne jak stal, typowo wagnerowskie i bohaterskie. Tym razem na scenie królowały panie, sopran Ariadny w osobie Natalii Rubiś i kompozytora w wykonaniu mezzosopranistki Moniki Korybalskiej. Charakter obu głosów pozwalał na rozwinięcie soczystych i nośnych kantylen, co wynika z charakteru muzyki Straussa.
Konkurentka Ariadny pochodząca z tej drugiej „bajki”, czyli Zerbinetta wyśpiewana przez Hilę Fahimę dobrze realizowała mniej dramatyczną, za to najeżoną koloraturami rolę jakby zwariowanej królowej nocy Mozarta. Dobrze poradził sobie z rolą nauczyciela tańca liryczny tenor Adam Zdunikowski, gorzej jednak wypadł silący się zbyt łapczywie na tenora bohaterskiego Rafał Bartmiński jako Bachus. W sumie spektakl Ariadny oczarował pomysłami inscenizacyjnymi, pełnymi kolorów i surrealistycznej fantazji dekoracjami Simona Lima Holdswortha i kostiumami Orena Dara.

Pomysły reżyserskie Ido Ricklina, by początek „wymieszanej” śpiewogry rozegrać w jakimś szpitalu, zaś finał w nadmorskim kurorcie, dawał spore pole do popisu także ruchowego i pozwalał np. zaangażować zdalnie sterowaną płetwę grzbietową rekina, a także deskę windsurfingową, na której mieściła się nawet para męsko-damska. I wszystko działało jak w szwajcarskim zegarku, który zresztą opuszczany z sufitu wciąż wskazywał godzinę 10¹⁰. Specyfiką przedstawienia Ariadny jest też tworzenie teatru w teatrze. Krakowski spektakl, może trochę pechowo, znalazł się jednocześnie, jako scena na scenie stworzonej przez grupę aktywistów starających się napiętnować wszelkie kontakty z instytucjami izraelskimi, jako współodpowiedzialnymi za ludobójstwo na ludności Gazy. Związek Opery Krakowskiej, współprodukującej przedstawienie z operą z Tel-Awiwu oraz operą w Dortmundzie, nie ma wprawdzie podłoża politycznego, ale wiadomo, że każdy pretekst jest dobry, aby zaakcentować własne zdanie, zwłaszcza, jeśli się wcale nie chodzi do opery. Szanując zatem postawę obrońców praw człowieka warto również szanować obrońców swobody miłośników sztuki, bo jedna i druga dziedzina jest głęboko humanitarna. Ktoś kiedyś powiedział, że muzyka łagodzi obyczaje i to powinno wystarczyć jako wytłumaczenie obecności Ariadny na Naxos w Krakowie, tym bardziej, że większość prac przy teatralnej realizacji spadła na Gród Kraka. Należy pogratulować dyrektorowi teatru Piotrowi Sułkowskiemu odwagi na jaką się zdobył wybierając tak trudną i wymagającą dla całej obsady jak również instrumentalistów z orkiestry pozycję programową. Zaznaczył On swoje zaangażowanie w tę ciekawą, ale skomplikowaną farsę zakładając „odlotowe” okulary. Brawo!
Joanna Tumiłowicz