Opera Najlepsze miasto świata powstała na zamówienie najlepszej na świecie warszawskiej orkiestry Sinfonia Varsovia i ukazała się swojemu miastu na 68. Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Współczesnej Warszawska Jesień. Było w niej wszystko, co mówi o Stolicy Polski – dramat, tragedia, patos, bieda, przemoc, bałagan i marzenie. Wszystkiego po trochu.
Muzykę odpowiednią do tematu napisał Cezary Duchnowski, kompozytor bardzo sprawnie posługujący się medium elektronicznym, ale dający się także popisać zespołowi muzycznemu, który złożył zamówienie. W pamięci pozostaną piękne i długie sola puzonowe i ansamble dęte wspomagane perkusją.
Duchnowski także uhonorował i nagrodził dwie artystki, które wiele zawdzięczają Warszawskim Jesieniom, a Warszawska Jesień im, czyli sopranistce i kompozytorce Agacie Zubel oraz sopranistce Joannie Freszel. Na takie wydarzenie swoją wielką scenę (i widownię) oddał Teatr Wielki i Opera Narodowa, co również podnosi rangę dzieła. Kiedy się zasiadło w fotelu na czwartym z kolei spektaklu po prapremierze i zobaczyło wypełnioną do ostatniego miejsca widownię, trudno byłoby teraz marudzić, że coś poszło nie tak. Że na przykład napisane na podstawie książki Grzegorza Piątka libretto pióra Benjamina M. Bukowskiego, urodzonego w 1991 roku w Poznaniu reżysera i dramaturga, jest za krótkie w stosunku do napisanej muzyki. Że w związku z tym trzeba było rozdymać, przeciągać niektóre sceny, aż do uczucia nudy, aby wreszcie akcja poszła do przodu.
Albo, że w zburzonej, wygłodniałej Warszawie, w której np. dyrektor Polskiego Radia miał swój gabinet w toalecie i siedział na klapie sedesu, pracownicy powstałego w 1945 roku Biura Odbudowy Stolicy kierowanego przez prof. Jana Zachwatowicza, działali w wielopiętrowym przestronnym biurowcu, elegancko ubrani pochyleni nad 30-ma biurkami jak we współczesnej amerykańskiej korporacji.
Nic dziwnego, że jeden z architektów zwinny jak gazela i zjeżdżający po poręczy, ale efektownie wywijający kozła na dole, musiał ten numer powtórzyć kilka razy. Powtarzalność jest też zobrazowana upiornie w scenie rozstrzeliwania inspirowanej bodaj Wróblewskim czy też Czwartosem.

To wszystko jednak nic nie znaczy, tak jak kręcąca się wiele minut scena obrotowa ze scenografią Natalii Kitamikado zastawiona tysiącem szczegółów, rekwizytów, dekoracji, postaci ludzkich stojących, siedzących i leżących, wobec tematu, z którego wynika, że „pardon, nie masz jak Warszawa". Doskonale rozwiązana jest wizualnie prosta z definicji scena zburzenia stolicy. Makieta miasta podnosi się z jednej strony i zabudowania powoli zsypują się na ziemię. Trzeba też zapisać na plus, zapewne reżyserce Barbarze Wiśniewskiej, że świetnie spuentowane zostały kwestie buńczucznego hasła CAŁY NARÓD BUDUJE SWOJĄ STOLICĘ, w którym poszczególne litery tego zbiorowego transparentu układały się później w anty-hasła BRUD, BIEDA, BÓL.
W dosyć przejmującej scenie pod wielką czerwoną trybuną z białym orłem bez korony na czubku za takie pomysły właściciele odpowiednich liter otrzymywali pałami po plecach, a ci którzy chcieli w Warszawie zrobić coś nie według socrealistycznych reguł zostali nazwani przestępcami.
Ciekawie też wybrnął autor kostiumów Emil Wysocki, który potrafił wyodrębnić w tłumie szarych postaci Warszawiaków, jak w filmie Lista Schindlera, dwie solistki, brązowo ubranej Architektki Agaty Zubel i zielono wyfraczonej Redaktorki Joanny Freszel.

Zaś co do muzyki śpiewanej wypada wspomnieć o ukrytej w partyturze parafrazie socrealistycznej piosenki Na prawo most, na lewo most, a także o ciekawych glissandowych melizmatach Architektki na słowie STOLICA, czy w scenie w Biurze Odbudowy niemal słowiczych trelach w duecie dwóch pań, jak z Pana Tralalińskiego Witolda Lutosławskiego. W ogóle cała ta operowa partytura Cezarego Duchnowskiego precyzyjnie odwzorowana przez dyrygującego Basema Akiki, to była zgrabna powtórka z poprzednich festiwali Warszawskiej Jesieni, w tym pomysłów formalnych Giacinto Scelsiego, czy cięźkich bloków dźwiękowych Edgara Varèse, bomby, która, jak twierdził sam kompozytor, mogłaby rozsadzić świat muzyczny i dopuścić doń wszystkie dźwięki, łącznie z tymi, które są określane mianem szumów. Ten styl, nie ma co ukrywać, pasuje jak ulał do dźwiękowej fotografii naszego miasta.
JoannaTumiłowicz