„Cav-Pag”: taki „pseudonim” używa się w tetrach operowych na określenie dwóch włoskich jednoaktówek: Rycerskość wieśniacza (Cavalleria rusticana) Pietro Mascagniego i Pajace (Pagliacci) –Ruggiero Leoncavallo. Gra się je bowiem zazwyczaj razem. Obie opery, powstałe w tym samym czasie, reprezentują epokę weryzmu i stoją w cieniu Pucciniego.
Obie są pełne pięknej muzyki i scenicznego dramatu. Nawet moja muzykalnie niewykształcona babcia śpiewała na głos i z wielkim wyczuciem arię „Śmiej się pajacu” podczas gotowania obiadu. „W operze tak śpiewają” wyjaśniała mi, a ja byłam przekonana, że „opera” to jakiś kraj, gdzie się nie mówi, tylko śpiewa i marzyłam o tym, by tam kiedyś zamieszkać.
Weryzm wprowadza na sceny operowe „zwykłych ludzi”, chętnie reprezentantów „ludu” lub marginesów społecznych. Tu nie ma faraonów i bogatych konkubin, są wieśniacy z ubogiej Sycylii (Rycerskość wieśniacza), nawet czasami mówiący dialektem, czy aktorzy objazdowego teatrzyku grającego na małych ryneczkach dalekiej prowincji (Pajace).

Opera Mascagniego wygrała w 1889 roku konkurs na jednoaktówkę rozpisany przez wydawnictwo muzyczne. Premiera miała miejsce w maju 1890 roku i opera osiągnęła w krótkim czasie niebywały sukces, zarówno we Włoszech (premiera miała miejsce w Rzymie), jak i na wielu scenach operowych świata. Pagliacci Leoncavallo jest o dwa lata młodsza (premiera odbyła się w Mediolanie), została pomyślana jako dwuaktówka z prologiem, jest jednak zbyt krótka, by wypełnić cały wieczór.
Również ona osiągnęła wielki sukces i grana jest do dzisiaj. Zarówno Mascagni, jak i Leoncavallo są autorami „jednego dzieła”, mimo, że obaj pozostawili po sobie większą spuściznę. Byli zarówno rówieśnikami jak i konkurentami Pucciniego, którego sława wkrótce ich przyćmiła. Wersję kopenhaską pochodzącą z 2011 roku wznowiono teraz w prawie wyłącznie duńskiej obsadzie. Nie jest to więc przedstawienie szczególnie błyskotliwe czy namiętne.
Trochę włoskiego brzmienia w partiach tenorowych (śpiewanych zarówno w operze Mascagniego jak i Leoncavallo przez duńskiego tenora Nielsa Jørgen Riis) jak i większego patosu w gestykulacji i aktorstwie dodałoby przedstawieniu „rumieńców” i być może poruszyło by bardziej słuchaczy.

Opery mają różnych reżyserów: Kasper Holten w przypadku Rycerskości wieśniaczej i Paul Curran w przypadku Pajaców), lecz wspólną scenografkę (Mia Stensgaard). To dzięki tej ostatniej akcje obu oper rozgrywają się w tej samej scenerii, choć nie w tym samym czasie.
Głównym elementem scenografii są ogromne schody prowadzące do bram kościoła na samej górze sceny. W operze Mascagniego akcja rozgrywa się w małym miasteczku na Sycylii (w końcu XIX wieku), akcja Pajaców rozgrywa się tuż przed końcem II Wojny Światowej, kiedy Sycylia zostaje wyzwolona przez armię amerykańską. Idylla pierwszej opery, podkreślonej statycznością ruchów scenicznych (nawet wspaniała procesja wielkanocna z chórem nie budzi zachwytu u słuchacza), kontrastuje ze zdemolowaną wojną scenerią miasteczka, z ruinami kościoła na szczycie połamanych schodów. W obu operach akcja zbudowana jest na dramacie nieszczęśliwej miłości, zazdrości i zemsty, zakończonej morderstwem: pojedynczym u Mascagniego a podwójnym plus samobójstwem u Leoncavallo.

W Rycerskości wieśniaczej A (Santuzza) kocha B (Turiddu), ten jednakże kocha C (Lola), która niestety ma zazdrosnego męża D (Alfio). W finale D zabija B. W Pajacach A (Nedda/Kolombina) kocha B (Silvio), pożądana jest – bez wzajemności – przez C (Tonio) – a posiada zazdrosnego męża D (Canio/Pajac). W finale D zabija A i B, a sam popełnia samobójstwo. Genialność opery Pajace polega na tym, że wspomniany dramat zazdrości dublowany jest przez akcję sceniczną teatrzyku Del Arte. W końcu publiczność (ta na scenie i ta na sali) traci orientacje, na którym poziomie rzeczywistości znajdujemy się i do końca nie wie, czy krew lejąca się z trupów jest krwią teatralną, czy prawdziwą. Muzyka – pełna piękna i liryzmu u Mascagniego, ustępuje miejsca dramatyzmowi á la Wagner (a na pewno á la Bizet) u Leoncavallo. W obu operach jest bardzo piękna, bardzo włoska i bardzo wzruszająca. Oby tylko można ją było przeżyć z pierwszej klasy (najchętniej włoskimi) śpiewakami. Niestety – można było sobie tylko o tym pomarzyć.
Eva Maria Jensen