Te trzy nazwiska firmują łódzką premierę Toski i chyba jest to kolejność trafna. Bo choć publiczność przede wszystkim spogląda na solistów, a tutaj mamy trzy wiodące postacie – śpiewaczkę Florię Toskę, malarza Mario Cavaradossiego i szefa rzymskiej policji barona Scarpię, to jednak sukces przedstawienia opiera się na wspaniałym dziele włoskiego kompozytora, umiejętnym przekazaniu dramatycznej fabuły powstałej na bazie sztuki Victoriena Sardou, posądzanego o powierzchowność i wulgarność, i wreszcie realizatora zjawiskowej warstwy muzycznej, a więc dyrygenta.
Te wszystkie trzy czynniki stanowią warunek konieczny i wymagający największej troski. Dzieło Giacomo Pucciniego już nie zostanie zmienione, natomiast interpretacje sceniczne i muzyczne mogą podziałać na korzyść, lub na nieszczęście. W tym przypadku wyrafinowana wizja sceniczna Giorgio Madii stanowiła ciekawą wartość dodaną, bo nie rezygnując z realistycznego ukazania poszczególnych etapów tragedii potrafił on zaszczepić w niej intymność losów bohaterów, co może najlepiej widać podczas rozdzierającej serce arii Cavaradossiego E lucevan le stelle.
Gdy artysta dzieli się z nami swą rozpaczą nie mogąc nawet stanąć przed publicznością twarzą w twarz, lecz wystawiając głowę przez żelazne pręty krat, czujemy, że tej jednej sceny nie uda się długo zapomnieć. Bardzo oryginalną częścią inscenizacji była też oprawa scenograficzna i kostiumy, wszystko autorstwa Domenico Franchi. Cechą charakterystyczną pracy tego artysty była dominująca głęboka zieleń, wprowadzona także do grafiki drukowanego programu.
Wszystkie stroje i dekoracje w zasadzie nie wprowadzały innego koloru, jak tylko różne odcienie tej zieleni. I choć twierdzi się tradycyjnie, że jest to kolor nadziei, to w Tosce Pucciniego była to barwa niewysłowionego smutku i tęsknoty. Praca dyrygenta Rafała Janiaka także dostosowała się do tego wizualnego nastroju. Jakkolwiek partytura opery obfituje w bardzo zdecydowane i „krwiste" akordy sugerujące nieubłaganą rzeczywistość, z którą styka się czołowa para bohaterów, to jednak z braku innych kolorów, a zwłaszcza czerwieni, także i muzyka tworzyła odczucia osamotnienia, pozbawione nadziei, zmierzające do tragicznego końca.
Nawet poranek i piosnka pasterza – świetny występ młodocianego solisty Mirona Rakshita – nie zwiastowała choćby minimum słonecznej nadziei, nad sceną unosiła się jedynie lekka mgiełka. Przejdźmy teraz do spraw wokalnych – czołowi soliści jakby wzięli na siebie ową zieleniejącą nostalgię.
Jakkolwiek Cavaradossi – David Esteban oraz Tosca – Sarah Tisba mieli w miarę wyrównane głosy i prawie poprawną technikę wokalną, a jednak nie mogli czarować siłą i barwą. Pochodzący z Ekwadoru tenor, dobrze przygotowany także aktorsko, prezentował się na scenie wiarygodnie, ale tylko w miarę poprawnie. Jego partnerka Sarah Tisba, urodziwa i pełna wdzięku, świetna aktorsko, obdarzona lirycznym sopranem, nie zawsze kryształowo czystym (niekiedy w wyższej tessiturze nieprzyjemnie forsowała), stanowiła słuchowo raczej kameralną wersję ognistej Toski.
Dodatkowo jej premierowy występ na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi poprzedzony został hołdem składanym wielkiej gwieździe Teresie Wojtaszek-Kubiak, śpiewaczce, która przez kilkanaście sezonów kreowała rolę Toski również w Metropolitan Opera. Szkoda, że 87-letnia Maestra, która tym razem słuchała wykonania opery Pucciniego na swej macierzystej scenie, nie spotkała się z godną siebie następczynią. Wreszcie Krzysztof Szumański w roli Scarpii, jakkolwiek spełniał wszystkie wymagania wokalne i muzyczne, ale brakowało mu w głosie spodziewanej ostrości, metalu, czy choćby aksamitu, a nadrabiał wokalną brutalnością.
Ładniejszą barytonową barwę pokazał w mniejszej rólce Zakrystianin – występujący w Łodzi gościnnie, jak już wymieniona trójka – Grzegorz Pelutis. Czy nie było w składzie miejscowych solistów bardziej imponującej głosowo obsady?
Wszakże Rafał Pikała, jako zbiegły więzień Cesare Angelotti, pokazał się ze swoim basem od jak najlepszej strony. W sumie mieliśmy przedstawienie bardzo solidne, miejscami przejmujące, któremu włoski reżyser nadał dosyć oryginalny koloryt. Giorgio Madii udało się także wybrnąć z dosłowności raczej prostackich „zalotów" Barona Scarpii do Florii, choć niedoszły kochanek wdrapał się nawet na biurko, by zaspokoić swoje pożądanie. Reżyser barwnie i tanecznie rozwiązał sceny z chórem dziecięcym, w czym widać było jego choreograficzne przygotowanie. Wszystkim należą się brawa, zaś trójce – Puccini, Madia, Janiak, nawet stojąca owacja.
Joanna Tumiłowicz