Choć tym razem nie Zaratustra, Nietzsche i Richard Strauss. Antoni Wit, oprócz własnych specjalizacji i zainteresowań repertuarowych i wybitnych w tej dziedzinie dokonań (Wagner, Messiaen), zdaje się zarazem kontynuować wybory dwóch swoich wielkich poprzedników: Stanisława Skrowaczewskiego i Jerzego Semkowa.
Tego pierwszego na gruncie symfoniki Brucknera, a tego drugiego w odniesieniu do Skriabina. I właśnie tym razem wybór padł na III Symfonię c-moll op. 43 „Boski poemat“ rosyjskiego kompozytora, która wypełniła drugą część krakowskiego występu dyrygenta rodem z tego miasta.

Jak wskazuje tytuł, mamy raczej do czynienia ze swobodnie ukształtowanym przebiegiem muzycznym na zasadzie płynnego kontinuum, opartego na rodzaju niekończącej się melodii, co jeszcze wyraziściej uwydatnia się w autorskim opracowaniu fortepianowym. Można się w tym dopatrzyć swoistej ilustracji idei przebóstwienia człowieka, obecnej w teologii prawosławnej i u Lwa Tołstoja, zgodnie z którą poprzez przezwyciężenie alienującej jednostkowej jaźni następuje zjednoczenie z boską istotą, czy szerzej Absolutem, niekiedy pojmowanym na sposób panteistyczny.
Przejawem tego w pismach Skriabina jest stwierdzenie: „Jestem Bogiem", co posiadało analogię w okrzykach sufickich mistyków w stanie najwyższej ekstazy. W przywołanym dziele muzycznym wyrazem tego jest pojawiający się w finale motyw intonowany przez trąbki.

Mimo zastosowania monumentalnej obsady złożonej z rozbudowanych smyczków, potrojonego drewna uzupełnionego o pikulinę i rożek angielski, podobnie puzonów, zwiększonej ilości trąbek do pięciu, a waltorni do ośmiu, dzięki przejrzystej instrumentacji nie odnosi się wrażenia przytłoczenia. Za sprawą właściwych proporcji pomiędzy poszczególnymi sekcjami uzyskano natomiast w licznych ustępach granych tutti stopliwe, nieomal organowe brzmienie.
Pozbawiona większych kontrastów, muzyka Skriabina toczy się nieśpiesznie, a środkowa wizja rozkoszy nie tyle zmysłowej natury, ile duchowego spełnienia, przynosi wręcz poczucie trwania poza czasem. Aby to morze dźwięków jednak nie znużyło, koniecznym staje się wyłowienie z niego detali, zwłaszcza kolorystycznych, a także subtelności dynamicznej natury. I tego mi właśnie zabrakło podczas piątkowego wykonania, a także narastania ekstatycznego zapamiętania. Na wyróżnienie zasłużyły natomiast liczne sola skrzypcowe w ujęciu koncertmistrzyni Joanny Konarzewskiej.
Czasy Skriabina i młodego Szymanowskiego to doba duchowości o teozoficznym podłożu, inspirującej się Indiami (rosyjski twórca planowal tam realizację misterium łączącego barwy dźwiękowe ze świetlnymi, ruchem oraz bodżcami aromatycznymi i dotykowymi) lub mistycyzmem muzułmańskim (Bliski Wschód w przypadku polskiego kompozytora).

Koncert otworzyła w wyszukany sposób zinstrumentowana przez Grzegorza Fitelberga Etiuda b-moll op. 4, z kulmimacją wyznaczoną uderzeniem w tamburyn. Słuchając w następnym utworze autorskiej orkiestracji, można było się przekonać, jak ten przyjaciel Szymanowskiwgo na wskroś ją przeniknął. A wspomnianą kompozycją był Koncert skrzypcowy op. 35.

Jest on utrzymany w podobnej aurze duchowej i dźwiękowej, co jego III Symfonia, otwierająca w ubiegłym tygodniu nowy sezon Filharmonii Krakowskiej. Obydwa utwory powstały w tym samym 1916 roku, spowodowanego wojną przymusowego pobytu w rodzinnej Tymoszówce. Na tle migotliwej feerii orkiestrowych barw, między innymi za sprawą fortepianu i czelesty, rozwija się partia solowa o dość wirtuozowskim zacięciu, co w znacznej mierze było wkładem zaprzyjaźnionego skrzypka Pawła Kochańskiego. Dalia Kuznecovaitė zagrała ją pewnym i nośnym dźwiękiem, ale trudno mówić o wniesieniu jakichś szczególnych znamion indywidualnej interpretacji do tradycji wykonawczej tego dzieła.
Lesław Czapliński