Od dawna wiedziano, że Written on Skin będzie wydarzeniem roku. Premierę poprzedzała kampania reklamowa o niespotykanych w Danii rozmiarach. Uderzano w najwyższe rejestry zachwytu nad dziełem, które okrzyknięto „arcydziełem XXI stulecia”. Od czasu premiery w 2012 roku na festiwalu w Aix-en-Provence, oglądali ją widzowie na wszystkich znaczących scenach Europy, w USA i Kanadzie. Mówiono też o niespotykanym, jak na nowoczesną operę, sukcesie wśród publiczności. Nic wiec dziwnego, że po zakończeniu spektaklu na Kongens Nytorv, przed budynkiem Starego Teatru operowego, czekały na widzów autobusy ze Szwecji, Niemiec, Polski i z duńskiej prowincji. Premierę zaszczycił też swą obecnością sam kompozytor, George Benjamin, Anglik urodzony w 1960 roku w Londynie.

Prawda prawdą, ale objawów zbyt dużego entuzjazmu nie widziało się wśród premierowej publiczności. Nie było nawet stojących owacji, tak popularnych u Duńczyków. Stwierdzić można, że ten trwający półtorej godziny (bez pauzy) spektakl, wyraźnie nie zachwycił widzów. Written on Skin (Pisane na skórze), to spektakl wielowarstwowy. Jest on wynikiem współpracy kompozytora (George Benjamina) z autorem tekstu, pisarzem Martinem Crimpem. Punktem wyjścia jest historia życia prowansalskiego truwera Guillema de Cabestaing, autora nielicznych zachowanych przez wieki tekstów, potem przerobionych przez Bocaccia w „Decameronie”. W prezentowanym nowoczesnym dziele mamy jeszcze do czynienia z warstwa współczesną, komentującą akcję sceniczną, pokazana w sposób nie bezpośredni, lecz z dystansem, a zawierającą warstwę komentarzy bohaterów scenicznych. Tak więc mamy tu do czynienia z podwójnym dystansem, jedyna warstwa pozbawiona tego dystansu to sama muzyka. Akcja opery jest prosta: do zamku rycerza (występującego w operze pod nazwa Opiekun – Protector) przybywa młody ilustrator (noszący w operze nazwę Boy – Chłopiec), którego zadaniem ma być spisanie historii rycerza z odpowiednimi ilustracjami. Są to czasy, kiedy książki, pisane na pergaminie, są szalenie cenne. Trzecią postacią opery jest młoda żona rycerza Agnes, kobieta zdominowana przez brutalnego męża, niepiśmienna. Jedyne, co jest w stanie pojąć, to ilustracje.
Między Agnes a Chłopcem rozpoczyna się namiętny romans, a kiedy rycerz dowiaduje się o tym, zabija młodego kochanka, z serca przygotowuje posiłek i zmusza żonę do spożycia go.

Opera kończy się samobójstwem żony. Warstwę komentującą stanowi grupa nowoczesnych aniołów, które „studiują” ludzkie zachowania a wizualnie przypominają grupę badaczy zaludniającą archiwa i studiującą stare manuskrypty w białych rękawiczkach ochronnych.

„Chłopiec” jest początkowo jednym z aniołów, powraca też do sfery komentatorów na końcu przedstawienia.
Scenografia podkreśla wielowarstwowość akcji: scena podzielona jest na cztery części, jak mały dom dla lalek: po lewej stronie na górze mamy „laboratorium”, na dole umieszczono „garderobę”, po prawej stronie na dole rozgrywa się quasi-średniowieczna akcja, a pomieszczenie na górze jest jakby „sferą snów i transcendencji”. Tu pojawiają się zarówno „Chłopiec” jak i „Agnes” po śmierci. Nowoczesne anioły to statyści, troje z nich jednakowoż „wchodzi” w akcje: „Chłopiec” oraz siostra i szwagier Agnes (w krótkich rolach). Statyści dbają o zmianę rekwizytów na scenie, wszystko odbywa się „jawnie”, acz z podkładem muzycznym. Nieliczne komentarze „Aniołów” zioną niechęcią do ludzkich losów a do współczesności szczególnie. To nie tyle „zdziwienie”, co wręcz pogarda przyświeca nowoczesnym aniołom.

Tekstowi śpiewanemu w akcji operowej starannie odebrano indywidualność wypowiedzi: przed każdą repliką słyszymy komentarz w trzeciej osobie, np. „Agnes zdejmuje buty i mówi”: co tworzy dystans emocjonalny, któremu muzyka zaprzecza. Bo warstwa orkiestrowa opery jest całkowicie pozbawiona dystansu czy ironii: tu wszystko pokazane jest w sposób odpowiedni nastrojowi sceny. Raz jest to muzyka gwałtowna, raz bardzo cicha i kontemplacyjna, przypomina bardziej ścieżkę dźwiękową filmu, niż podkład instrumentalny śpiewu. Kompozytor operuje wielką paletą orkiestralnych kolorów, mając do swej dyspozycji nie tylko klasyczny zestaw symfoniczny, ale też ogromną ilość instrumentów perkusyjnych, różnorodnych i oryginalnych. Są tu wszelkiego rodzaju bębny i bębenki, metalowe klocki, dzwonki a i fisharmonia szklanych talerzyków (na której gra się zwilżonymi palcami). W rolach głównych śpiewają: Kanadyjczyk Daniel Okulitch w roli „Opiekuna” (baryton), oraz rodzimi śpiewacy: Morten Grove Frandsen jako „Chłopiec” (kontratenor) i Gisela Sille jako „Agnes” (sopran). Zwłaszcza ta ostatnia zasługuje na pochwały, wciela się ona idealnie w tę bardzo trudną – zarówno wokalnie jak i aktorsko – rolę z prawdziwym mistrzostwem i jest jedyną, której udaje się przełamać narzucony dystans uczuciowy. Połaczenie sopranu (Agnes) z kontratenorem (Chłopiec) wydaje mi się zupełnym nieporozumieniem: głosy te są tak bliskie sobie, że trudno mówić o jakiś dialogu czy współgraniu pomiędzy nimi. Chyba, że to właśnie było zamiarem kompozytora: głosy zlewające się w jedno być może znaczą, że Chłopiec jest rodzajem projekcji Agnes, a nie osobną osobą.
Eva Maria Jensen