– „Horror jest łatwy do zrealizowania w filmie, a w teatrze trudny” – mówi reżyser spektaklu i tłumacz libretta musicalu Beetlejuice Jacek Mikołajczyk. Sądząc po owacjach na premierze spektaklu w Teatrze Syrena, trudności zostały pokonane wzorcowo.

Muzyka grana na żywo przez niemalże symfoniczny zestaw instrumentów, gdzie prócz smyczkowców złożonych ze skrzypiec i wiolonczeli, a także instrumentów dętych blaszanych i drewnianych, wzmocnionych elektrycznymi gitarami i oczywiście perkusją brzmienie podsumowywały instrumenty klawiszowe, a wszystkim kierował wystawiający czubek głowy z zaaranżowanego kanaliku orkiestrowego jeden świetnie dysponowany muzyk Tomasz Filipczak po wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w klasie kompozycji i aranżacji, pianista, aranżer, kompozytor, dyrygent i producent muzyczny. Muzyka autorstwa Dannyego Elfmana w światku musicalowym uważana za dziką i kapryśną w przypadku piosenek nie cechuje się niczym szczególnym, natomiast partie orkiestrowe w scenach zbiorowych i tanecznych tryskają energią, rytmicznością braną często z oryginałów latynoskich.
Swoje przeboje dołączył do ścieżki dźwiękowej Harry Bellafonte trzymający się pochodzącego z Karaibów stylu calypso, Elfman natomiast eklektycznie dołączał do swoich partii orkiestrowych cytaty z klasyki, jest więc coś z Donizettiego – Łucja z Lammermoore, czy Griega – Peer Gynt. Czy to dobry podkład do różnych zabiegów egzorcystycznych? To jest najsolidniejsza podbudowa musicalu, a więc czegoś, w czym muzyka spaja wszystkie wątki spektaklu. Otwór orkiestrowego kanaliku na samym środku sceny stwarzał też zagrożenie wpadnięcia doń któregoś z wykonawców, a wiadomo, że w gatunku horroru dreszcz i podnoszenie napięcia, jest niezbędnym środkiem wyrazu artystycznego. Niestety sam spektakl nie robił upiornego wrażenia, ani nie straszył. Tutaj więc uwaga reżysera okazała się trafna. Upiorny był jedynie tytułowy wykonawca Maciej Maciejewski. Niezwykle sprawny fizycznie na pograniczu akrobatyki, a także ogromnie różnorodny głosowo, od chrapliwego wrzasku poprzez musicalowe canto aż do lirycznego z lekka parodystycznego tenora.

Jego partnerka Lidia w realizacji Julii Totoszko, w typowej aranżacji stylowej gotyckiej, niewysoka, choć bardzo chmurna i nieco antypatyczna z wyglądu, dysponowała głosem, mocnym, choć to być może wynika z nadmiernego podkręcenia potencjometrem. Stworzyła krwistą postać nieco rozwydrzonej, histerycznie i niemile krzykliwej nastolatki. Takich wykonawców jak tych dwoje wybrano w trybie castingu prawie 40, bo mamy tu aż dwie pełne obsady solistów. O kostiumach Anny Adamek nie można powiedzieć nic oryginalnego, bo takie same pasiaki Beetlejuisów były na amerykańskim filmie pod tym samym tytułem. Pytanie, czy to był w Polsce dobry pomysł, gdy taki mundurek może się kojarzyć z obozami koncentracyjnymi. Dużo pracy natomiast musiała włożyć choreografka Barbara Olech, bo nawet dołączone do obsady nastolatki oraz seniorki trzymające się kurczowo tzw. balkonika potrafiły rytmicznie fikać nogami. Na koniec jeszcze trochę utyskiwań dotyczących całości fabuły utworu. To w istocie uwspółcześniona wersja Orfeusza i Eurydyki. Tam zrozpaczony kochanek chce wydobyć swą miłość z zaświatów, tu córka nie widzi innego sposobu na spotkanie ze zmarłą matką. Podobne podejście do tematu zastosował też nasz Mickiewicz w balladzie Romatyczność, gdy „dziewczyna czuje, a gawiedź wierzy głęboko”. W istocie urok filmowej historii wymyślonej przez Tima Burtona też przemawia w podobny sposób najmocniej do medialnej populacji, która w kinie, a także w teatrze, lubi się ubezpieczyć przed egzystencjalnymi lękami oswajając perspektywę śmierci, która i tak nie ominie nikogo. Więc dobrze, że w finale bohaterowie dają jednak upust swemu przywiązaniu do życia i porzucają senne koszmary, w których spotkali Sok z żuka.
Joanna Tumiłowicz