W dniach od 24 sierpnia do 21 września odbywała się w Bukareszcie dwudziesta siódma już edycja Międzynarodowego Festiwalu George Enescu, organizowanego od 1958 roku, początkowo w trzyletnim, a od wielu lat w dwuletnim cyklu. Miałem już okazję pisać w tym miejscu o historii tego największego w Rumunii i jednego z najważniejszych w Europie przedsięwzięcia poświęconego muzyce klasycznej.
Podobnie jak w przeszłości, tak i tym razem owa zakrojona na szeroką skalę manifestacja artystyczna gromadziła w głównych salach koncertowych szerokie rzesze słuchaczy, nie tylko mieszkańców Bukaresztu, ale także gości przybywających z innych zakątków Rumunii czy z innych krajów. W trakcie stu koncertów zaprezentowało się przed nimi aż cztery tysiące pochodzących z całego świata artystów. Organizatorem festiwalu – funkcjonującego pod patronatem Prezydenta Rumunii i finansowego przez rząd za pośrednictwem Ministerstwa Kultury - jest agencja ARTEXIM, na której czele stoi niezwykle dynamiczna, pomysłowa i skuteczna w działaniu Cristina Uruc.
Stanowisko to objęła po wielce zasłużonym pianiście Mihai Constantinescu, który wprawdzie przeszedł na emeryturę, ale nadal służy swoim ogromnym doświadczeniem jako doradca artystyczny. Nad całością przedsięwzięcia czuwa zaś obecnie jego dyrektor artystyczny, którym jest wybitny rumuński dyrygent - zajmujący aktualnie stanowisko szefa Orkiestry Narodowej Francji - Cristian Măcelaru.

Tegoroczną odsłonę festiwalu poświęcił on upamiętnieniu siedemdziesiątej rocznicy śmierci jego bohatera - zmarłego 4 maja 1955 roku w Paryżu - i przywołaniu dziedzictwa George’a Enescu we wszystkich jego aspektach. Położył też jeszcze mocniejszy nacisk na zwiększenie wysiłków na rzecz upowszechniania wiedzy o wpływie unikalnego stylu tego francusko-rumuńskiego kompozytora, a zarazem skrzypka wirtuoza, dyrygenta, pianisty i pedagoga, na światowe życie muzyczne.

W zamieszczonym w festiwalowym katalogu słowie wstępnym Măcelaru przypomniał nie przez wszystkich sobie uświadamianą sytuację Rumunii, która znajdując się na skrzyżowaniu różnorakich kultur, odgrywała rolę pomostu pomiędzy Północą i Południem, Wschodem i Zachodem. Dzięki temu stała się żyznym gruntem przyswajającym cały szereg głębokich doświadczeń, co z kolei znajdowało odzwierciedlenie w folklorze, tradycjach, ale także w nowoczesnych formach sztuki ubiegłego wieku.
Te różnorodne wpływy oddziaływały również na wyobraźnię twórczą Enescu, który dokonywał swoistej symbiozy pomiędzy wiejskimi tradycjami, rumuńskim folklorem i modernistycznym stylem, przyswajanym przez kompozytora w wiedeńskim i paryskim świecie kultury. Ów świat nie tylko odmienił młodego Enescu, ale zarazem dał mu możliwość pozostawienia głębokiego śladu w historii muzyki.
Măcelaru podkreśla fakt, że stworzony w duchu swego imiennika festiwal, promujący jego kunszt artystyczny i muzyczne dziedzictwo, staje się również platformą krzyżowania się różnych punktów widzenia ludzi połączonych pragnieniem tworzenia tchnącego nadzieją jutra.

Albowiem nasza współczesna rzeczywistość boleśnie potrzebuje szacunku dla kulturowej różnorodności i tradycji, przy jednoczesnym dążeniu do kierowania się wspólnymi ogólnoludzkimi wartościami. „Zobowiązujemy się do podnoszenia was na duchu – pisze Măcelaru – celebrowania najwyższych osiągnięć artystycznych i tworzenia świata uwznioślonego sztuką oraz ożywianego kreatywnością i oddaniem dla lepszej przyszłości”. Co istotne, dyrektor festiwalu nie tylko zaprosił do współpracy wyjątkowych artystów i prestiżowe zespoły, ale także starał się jak najbardziej różnicować repertuar ich koncertów, tak aby dotrzeć do jak najszerszej publiczności i dostarczyć jej niezapomnianych przeżyć.
Dlatego program omawianej manifestacji obejmował koncerty skierowane do młodzieży (w Teatrze Odeon), wydarzenia odbywające się w weekendowe poranki, ale także koncerty przeznaczone dla melomanów, którzy chcą usłyszeć coś wyjątkowego i czego nie mają okazji posłuchać na żywo gdzie indziej. Pomyślano też o tzw. szerokiej publiczności, oczekującej na spotkanie ze znanymi artystami. Z kolei dla tych, którzy może nie mają śmiałości wybrać się do sali koncertowej, przygotowano koncerty w mniej prestiżowym kontekście, na przykład w pomieszczeniach okolicznych muzeów.
Oczywiście podczas każdej edycji festiwalu dokłada się wszelkich starań, aby zabrzmiało na niej jak najwięcej muzyki Enescu. Wszakże w tym roku posunięto się jeszcze dalej, zapraszając artystów wykonujących ją nie tylko w innych przestrzeniach, lecz także w odmienny sposób niż dotychczas, na przykład poprzez improwizacje i reinterpretacje poszczególnych kompozycji.

Ponadto twórczość bohatera festiwalu była na nim obecna w całej swojej różnorodności: od utworów kameralnych do opery Edyp, co pozwalało publiczności śledzić ewolucję stylu kompozytora od jednego opusu do drugiego. W przeszłości, jeszcze za dyrekcji maestro Lawrence’a Fostera, wprowadzono zasadę, zgodnie z którą wszystkie zaproszone zespoły i artyści byli zobowiązani wykonać przynajmniej jeden z utworów Enescu i zasada ta nadal obowiązuje. Ponieważ jednak jest więcej koncertów niż owych utworów, po ich wyczerpaniu rozszerzono repertuar o inne pozycje rumuńskich kompozytorów XX wieku.
Obserwując odbywające się na całym świecie przedsięwzięcia muzyczne można śmiało stwierdzić, że to Festiwal George Enescu wyznacza nowe trendy i odkrywa unikalne aspekty wprowadzania publiczności w sztukę dźwięków.

Co ważne, rozgrywa się on nie tylko w aż pięciu dysponujących świetną akustyką salach Bukaresztu, których wybór zależy od proponowanego repertuaru (na przykład w Sali Pałacu Kongresów prezentowane są dzieła rozbudowane i wymagające dużego aparatu wykonawczego, a w kameralnej Sali Ateneum bardziej wyrafinowane formy z XVIII lub XIX wieku), ale także powtarza swoje koncerty w miastach całego kraju.

Tegoroczną edycję festiwalu zainaugurował koncert poprowadzony osobiście przez maestro Cristiana Măcelaru, który stanął na czele George Enescu Philharmonic Orchestra i George Enescu Philharmonic Choir przygotowanego przez Iosefa Ion Prunnera. Na wstępie mieliśmy do czynienia z prawykonaniem Koncertu na orkiestrę rumuńskiego kompozytora Dan Dediu (ur. 1967), który zaprosił słuchaczy na podróż do wnętrza formacji symfonicznej, odsłaniając jej nowe możliwości instrumentalne. Następnie zabrzmiał Koncert skrzypcowy d-moll Arama Chaczaturiana, skomponowany latem 1940 roku z dedykacją dla Dawida Ojstracha i przez tegoż prawykonany. Przypomnijmy, że to właśnie ten utwór zapewnił jego twórcy międzynarodową sławę. Na festiwalu błyskotliwie interpretował go ulubieniec tutejszej publiczności, czyli Nemanja Radulović, który nasycił drugą część poruszającą i bolesną emocjonalnością.
Atrakcyjnie skonstrastował ją z końcowym Allegro Vivace, nabierającym u francusko-serbskiego skrzypka charakteru nieokiełznanej i tryskającej mieniącymi się barwami zabawy. Koncert uwieńczył skomponowany przez zaledwie szesnastoletniego Enescu Poemat rumuński op. 1, zbudowany w oparciu o melodie ludowe i charakteryzujący się patriotycznym wydźwiękiem.
Jego wykonanie w Bukareszcie było przeplatane lekturą tekstów samego kompozytora (w interpretacji znanego aktora Mariusa Bodochiego), stanowiących jego pogłębione refleksje na temat kreacji muzycznej. Soczyście brzmiące instrumenty smyczkowe i kolektywna muzykalność miejscowego chóru zajmująco współgrały z rzucanymi na okalające scenę ściany projekcjami wideo, przygotowanymi przez Nonę Ciobanu i Petera Košira.
Ogólnie rzecz ujmując mieliśmy tu do czynienia z wizualnymi impresjami na temat muzyki młodziutkiego kompozytora. Następnego dnia w tej samej przepastnej Sali Pałacu Kongresów (trzy tysiące miejsc!) na estradzie rozgościła się niecierpliwie tutaj oczekiwana Ukrainian Freedom Orchestra, która w trakcie dwóch wieczorów wystąpiła pod batutą australijskiej dyrygentki Keri-Lynn Wilson. Pierwszy wieczór otworzył poruszający utwór ukraińskiego twórcy Maxima Kolomiletsa (urodzonego w Kijowie w 1981), powstały w dramatycznej rzeczywistości brutalnej inwazji Rosji na Ukrainę. Chodzi tutaj o Suitę z noszącej wymowny tytuł kompozycji Mothers of Kherson (Matki Chersonia).
Wkrótce potem pochodząca z Mołdawii Alexandra Conunova prezentowała w I Koncercie skrzypcowym g-moll Maxa Brucha celnie wyważone proporcje pomiędzy stroną wirtuozowską i wyrazową, przy jednoczesnym eksponowaniu chwytliwej melodyki.

Następnie - po nie do końca przekonująco brzmiącej pod względem dynamiki i barw instrumentalnych uwerturze Tannhäusera - na scenie pojawiła się sopranistka Rachel Willis-Sørensen, aby utrzymywać uwagą słuchaczy w niesłabnącym napięciu zajmującą interpretacją końcowej arii z Tristana i Izoldy Wagnera: Liebestod. Ta sama artystka wywołała podczas drugiego koncertu ukraińskiej formacji aplauz zjawiskowym wykonaniem Czterech ostatnich pieśni Richarda Straussa. Wieczór dopełnił utwór Bucha. Lacrimosa cenionej kompozytorki ukraińskiej Victorii Polevej (ur. 1962), po którym Ukrainian Freedom Orchestra odsłoniła szeroką paletę brzmieniową i nadzwyczajne bogactwo melodyczne VIII Symfonii G-dur Antonína Dvořáka.

Oba koncerty zakończyło poruszające wykonanie skrzypcowej transkrypcji hymnu Ukrainy, którego festiwalowa publiczność wysłuchała w skupieniu i na stojąco. A poprzedziło go wygłoszone po ukraińsku przez dyrygentkę krótkie słowo, oddające hołd barbarzyńsko napadniętemu krajowi. Bohaterem dwóch kolejnych wieczorów stał się zupełnie mi do tej pory nieznany fiński dyrygent Santtu-Matias Rouvali (urodzony w 1985 roku w Lahti), absolwent prestiżowej Akademii Sibeliusa w Helsinkach.
Studiował tam dyrygenturę pod kierunkiem takich mistrzów batuty, jak Leif Segerstam, Hannu Lintu i Jorma Panula. Nieprzeciętny talent Rouvaliego, jego wnikliwe i wrażliwe odczytywanie partytur oraz idealne porozumienie z orkiestrą składają się na wyjątkowe i niezapomniane zjawisko artystyczne, które skłaniało zgromadzoną w Sali Pałacu Kongresów publiczność do spontanicznej standing ovation.

Na wstępie poprowadził on brawurowo iskrzący się świetną techniką wariacyjną i instrumentacyjną Kaprys włoski op. 45 Piotra Czajkowskiego, dając pole do popisu bezbłędnie reagującym na jego precyzyjne, a zarazem pełne polotu gesty muzykom z Philharmonia Orchestra.

Następnie swój kunszt wykonawczy prezentował rumuński artysta Andrei Ioniţă. Zmierzył się on z jednym z najtrudniejszych utworów skomponowanych na wiolonczelę, jakim jest Koncert na wiolonczelę i orkiestrę nr. 1 es-moll op. 107, napisany w 1959 roku przez Dmitrija Szostakowicza dla zaprzyjaźnionego z nim Mścisława Rostropowicza. Porywająco też wypadła żywiołowo przez Rouvaliego poprowadzona Suita do baletu Ognisty ptak Igora Strawińskiego. Nazajutrz fiński kapelmistrz zaproponował program złożony z dwóch utrzymanych w kompletnie odmiennych nastrojach dzieł. Pierwsze z nich to Fantazja na fortepian i orkiestrę Enescu, w której jedna z czołowych pianistek rumuńskich Aleksandra Dariescu czarowała wdziękiem i lekkością gry, barwową wyobraźnią, a także czystą, precyzyjną i delikatną artykulacją.
Zaś po przerwie Santtu-Matias Rouvali poprowadził Philharmonia Orchestra w potężnym rozmiarami dziele, jakim jest VII Symfonia C-dur, zwana „Leningradzką”, którą Dmitrij Szostakowicz pisał w 1941 roku właśnie w czasie oblężenia Leningradu. Fiński maestro po mistrzowsku przebijał się przez gąszcz orkiestrowej magmy, idealnie balansując poszczególne grupy instrumentów, niekiedy z patosem, ale bez zbędnego ciężaru, dbając o mięsiste i zarazem wyważone brzmienie i nie przeszarżowując wolumenu tutti.

Słuchając tego wykonania trudno się było uwolnić od myśli, że ta wojenna symfonia, przyjmująca w tamtych czasach walor symbolu oporu przeciwko nazizmowi, również i dzisiaj, w czasach wszechobecnej przemocy i masowych zbrodni, nabiera nadzwyczaj mocnego wydźwięku.

Ciekawy i rzadko pojawiający się w repertuarze sal koncertowych program przywiozła ze sobą Orchestra Dell’Accademia Nazionale di Santa Cecilia, na której czele w trakcie dwóch wieczorów stawał tym razem brytyjski szef Daniel Harding. Pierwszy koncert niemal w całości wypełniła muzyka zmarłego w 2003 roku włoskiego kompozytora Luciano Berio. Jego powstała w 1968 roku i utrzymana w nowatorskiej wówczas post-serialnej technice Sinfonia jest przeznaczona na orkiestrę i ośmioro wokalistów, prowadzących pomiędzy sobą rodzaj znerwicowanego dialogu.
Ludzkie głosy, w tym wypadku zespołu London Voices, nie są bowiem przez Berio wykorzystywane w tradycyjny sposób. Zamiast śpiewać, wokaliści mówią, mruczą lub wykrzykują strzępy cytatów z tekstów antropologa i etnologa Claude’a Lévi-Straussa oraz pisarza i dramaturga Samuela Becketta, przeplatane z muzycznymi wskazówkami Gustava Mahlera.

Niektórzy komentatorzy nazywają tę kompozycję gigantycznym „kolażem”, który - jak się okazało - niestety odstraszył część festiwalowych gości, w wyniku czego w Sali Pałacu Kongresów pozostawało wiele niezajętych miejsc. Zaprawdę można tylko żałować tego typu reakcji niektórych słuchaczy, z których zapewne wielu uległoby podczas tego samego koncertu urokowi skomponowanego przez Berio w 1964 roku cyklu melodii Folk Songs.

Chodzi tutaj o aranżacje pochodzącej z wielu krajów muzyki ludowej i innych pieśni, składających się na wciągającą swoimi zmiennymi klimatami całość artystyczną. Obdarzona sceniczną charyzmą i wokalną elastycznością mezzosopranistka Magdalena Kožena pokazała pełnię swoich możliwości interpretacyjnych, podkreślając ruchami treść kolejnych pozycji cyklu i nadając każdej z nich indywidualny rys. Daniel Harding prowadził partnerującą wokalistce orkiestrę z dużą wrażliwością, kładąc nacisk na wydobywanie wielobarwnych i często wchodzących w dialog z solistką subtelności instrumentacyjnych.
Z przywołanym cyklem doskonale współgrało wieńczący wieczór trzyczęściowe dzieło symfoniczne Claude’a Debussy’ego La Mer (Morze), uwalniające pod batutą Hardinga swoją poetycką tajemniczość. Nazajutrz Harding ponownie stawił się przed filharmonikami z Rzymu i zgodnie z przywołaną wcześniej zasadą umieszczania w programach festiwalowych koncertów dzieł Enescu zaproponował na wstępie jego uroczą Pastorale-fantaisie, pieszczącą uszy słuchaczy dźwiękową kolorystyką.

Zaraz potem dobrze nam znany zwycięzca warszawskiego Konkursu Chopinowskiego z roku 2015, czyli znakomity Seong-Jin Cho z Korei Południowej, wzbudził uznanie niebanalnym oraz pełnym radości i optymizmu odczytaniem I Koncertu fortepianowego C-dur Beethovena.

Równie pogodnie wypadła interpretacja II Symfonii D-dur Brahmsa, której pastoralny i bukoliczny nastrój znalazł pod batutą Hardinga swój pełny wyraz. Zanim jednak wysłuchałem trzech przywołanych dzieł, nie mogłem się nie wybrać w południe do Sali Radia Rumuńskiego, gdzie nasza młoda, wszak ciesząca się już dużym uznaniem w środowisku międzynarodowego życia muzycznego dyrygentka Marta Gardolińska zaprosiła festiwalowych gości na koncert niemalże w pełni wypełniony polskim programem.
Na wstępie usłyszeliśmy Uwerturę Grażyny Bacewicz, w której prowadząca pewnym i wyrazistym gestem Sinfonię Varsovię Gardolińska położyła akcent na utrzymanie jednolitego rytmu i wydobycie z tej kompozycji żywiołowego ruchu i wciągającej odbiorcę motoryczności. Nieposkromiona energia i sprężysta witalność cechowały także poprowadzone z rozmachem wykonanie Krzesanego Wojciecha Kilara, wyraźnie porywającego jak się wydaje dopiero odkrywającą to dzieło publiczność folklorystycznymi akcentami.
Natomiast w zupełnie inny świat dźwięków przeniosła nas wręcz zjawiskowa i uduchowiona interpretacja Koncertu fortepianowego e-moll Fryderyka Chopina, kreowana przez natchnionego Rafała Blechacza z niemalże hipnotyzującą delikatnością i subtelnością, niedościgłym wyrafinowaniem i niebywałym wyczuciem wszelkich niuansów i półcieni.

Na podobnych wyżynach sztuki muzycznej oscylowała interpretacja intuicyjnie i bezbłędnie wyczuwającej intencje pianisty Gardolińskiej. W finale tego polskiego akcentu na festiwalu w Bukreszcie pod jej batutą rozbrzmiał wreszcie poemat symfoniczny Vox Maris op. 31 George’a Enescu, dedykowany przezeń pamięci wybitnej rumuńskiej pianistki Eleny Bibescu. W prezentacji tej ostatniej pozycji obok polskiego zespołu wziął także udział Radiowy Chór Akademicki oraz soliści: George Virban – tenor i Olga Murariu-Caia – sopran.
Wypada nadmienić, że w przededniu muzycy Sinfonii Varsovii uczestniczyli w nocnej prezentacji napisanego przez Zbigniewa Preisnera - do tradycyjnych tekstów mszy żałobnej, ku czci zmarłego w 1996 roku reżysera Krzysztofa Kieślowskiego - Requiem dla mojego przyjaciela. Za pulpitem stanął dyrygent Constantin Grigore, który oprócz warszawskiego zespołu zaprosił do współpracy Chór kameralny Preludiu – Voicu Enächescu oraz prezentujący wysoki poziom zespół solistów.
Wśród tych ostatnich znaleźli się między innymi Tadeusz Szlenkier – tenor, Apolline Raï-Westphal – sopran czy dysponujący intrygującym kontratenorem Alexandru Costea. Niezależnie jednak od ich zaangażowania sam charakter wspomnianej kompozycji w połączeniu z nocną porą wywołał u stopniowo „topniejącej” publiczności pewne wyczuwalne znużenie.

O takowym nie było wszakże mowy w przypadku recitalu wybitnej litewskiej sopranistki Asmik Grigorian, zorganizowanego przecież w podobnych godzinach i w tej samej sali zabytkowego Ateneum. W towarzystwie pianisty Lukasa Geniušasa przykuwała ona uwagę szczelnie wypełniających widownię słuchaczy czułą interpretacją pieśni Czajkowskiego i Rachmaninowa, z których wydobywała szeroki wachlarz emocji. Albowiem Grigorian buduje swoje interpretacje na słowie, fascynująco modelując głos w oparciu o tekst i podkreślając jego sens mimiką i gestem. W jej śpiewie uderza zmienność wokalnych nastrojów i artykulacyjna inwencja.
Podobne cechy emanowały podczas recitalu drugiej gwiazdy wokalistyki, jaką jest tenor Benjamin Bernheim, cieszący się już od dłuższego czasu wciąż rosnącą popularnością. Tym razem skonstruował on atrakcyjny program, złożony z pieśni Richarda Straussa, Ernesta Chaussona i Hectora Berlioza, prezentując w każdej z nich kulturę frazy i słowa oraz bogactwo odcieni emocjonalnych. Francuskiemu artyście akompaniowała Orkiestra Wspólnoty Walencji pod niezawodną dyrekcją Jamesa Gaffigana.

Do innych niezapomnianych przeżyć tegorocznego festiwalu zaliczam też spotkanie ze sztuką działającego już od 1940 roku Łotewskiego Chóru Radiowego. Występując w Bukareszcie pod batutą Sigvardsa Kļava ten profesjonalny zespół interpretował utwory takich kompozytorów, jak Nystedt, Martinaityté, Pärt, Teodorescu-Ciocănea, Hillborg, Ešenvalds, Vilums czu Vasks, wzbudzając podziw doskonale zestrojonym brzmieniem, świetnym warsztatem i umiejętnością rozwijania zajmującej narracji.

Na zakończenie trzeba zatem jeszcze raz podkreślić, że oszałamiające bogactwo repertuarowe, atrakcyjne urozmaicanie koncertowych formuł, adresowanych do prezentujących różne muzyczne upodobania i doświadczenia odbiorców, oraz najwyższy poziom wykonawstwa, reprezentowanego przez międzynarodową czołówkę artystów, czynią z bukareszteńskiego festiwalu jedną z najważniejszych manifestacji tego typu na świecie.
Leszek Bernat