Zbyt klasyczny i tradycyjny jest w swej wymowie film biograficzny i zarazem fresk kostiumowy – tytuł oryginału: Sarah Bernhardt, la divine, czyli Boska Sarah Bernhardt. Przyzwyczajeni do coraz bardziej udziwnionych i deformujących na hollywoodzką modłę produkcji nasi krytycy filmowi, z Tomaszem Raczkiem na czele, wybrzydzają podsumowując dzieło francuskiego reżysera Guillaume Nicloux realizującego scenariusz Nathalie Leuthreau. Czy to obraz banalny, bez rozmachu, wyczucia i bez klasy?
Z tym można podyskutować. Po pierwsze sama postać wielkiej aktorki, która zmieniła, a właściwie uwzniośliła rozumienie sztuki teatralnej i porwała tłumy, jest bardzo ciekawa. Nie do przecenienia jest jej dorobek artystyczny i pozycja w świecie kultury. Sama statystyka daje pojęcie o ogromie Boskiej Sarah – wystąpiła w ponad 112 rolach teatralnych w ciągu 29 lat swej kariery, zaś na pogrzebie w Paryżu żegnała ją prawie cała stolica – ponad 600 tysięcy ludzi.

Oczywiście do pozycji gwiazdy – celebrytki przyczynia się jej robiona ekscentryczność – otwarta trumna w jej apartamentach, w której chętnie odpoczywała, egzotyczne zwierzęta – lemur, wąż boa, ryś – żyjące obok artystki, nie licząc kilku psów, sowy, itd. Nic też dziwnego, że do głośnej gwiazdy garnęli się liczni luminarze sztuki i nauki, co film skrzętnie dokumentuje. Rozmowy z Emilem Zolą, Edmondem Rostandem, Reynaldo Hahnem, Victorem Hugo, a nawet Sigmundem Freudem nie stanowią jakiegoś wielkiego odkrycia, są raczej tylko obrazkiem obyczajowym, ale pasują do całości. Mocno wybrzmiewa tutaj sprawa Dreyfusa, ale to także dzisiaj żaden wystrzał.
Po drugie odtwórczyni głównej roli Sandrine Kiberlain zagrała w sposób natchniony, stworzyła prawdziwą, wiarygodną osobowość dzielnej, odważnej, choć także apodyktycznej kobiety. Wierzymy, że taka była słynna aktorka, choć fizycznie najprawdopodobniej musiała być dużo ładniejsza od swej „dublerki”. Nie pomogły zabiegi charakteryzatorskie, bo młodsza Sarah nie różni się wiele o starszej.

W tym filmie jest także nieco archaiczna, paraliteracka maniera cofania akcji, bo najpierw mamy aktorkę już po przejściach, później skaczemy 20 lat wstecz i jeszcze jeden skok do tyłu, co spoglądając w kalendarz ujmiemy datami: 1915-16, 1896, oraz 1886-1896.
I jest wreszcie trzeci poziom realizacji, scenografia, kostiumy, aranżacja otoczenia aktorki, której niemalże nieustannie towarzyszy wysmakowana muzyka grana przeważnie na fortepianie. Najpierw pojawia się Preludium Fryderyka Chopina, nie w sposób nahalny, ale subtelnie z tzw. offu, jest coś Ravela, Cesara Francka, jest Debussy, Grieg, a Schubert nawet dwa razy, z melodią Serenady i Ave Maria, i to wcale nie w kontekście pogrzebu. Pojawia się też zarówno jako postać, ale i w formie muzyki, ówczesny kompozytor, dyrygent, dyrektor Opery Paryskiej Reynaldo Hahn, u nas mało znany, ale odnoszący w ówczesnym świecie spore sukcesy. To jeden z bywalców salonu Sary Bernhardt. Przypomnijmy – na tych łamach opisywałam niedawno nagrania jego pieśni w wykonaniu polskiej solistki Marzanny Rudnickiej. Czy w tej sytuacji można powiedzieć, że Boska Sarah nie ma klasy?
Joanna Tumiłowicz